ReklamA

wtorek, 3 kwietnia 2012


Pozwolę sobie dzisiaj opublikować tekst, a właściwie wiersz, który przysłał do mnie jeden z czytelników mojego bloga. Intencją czytelnika, jak przypuszczam było skłonienie mnie do refleksji nad tym, dlaczego w naszym życiu jest tak, jak opisuję to w swoim blogu. Przecież problemy, z jakimi borykamy się  na co dzień w urzędach, przychodniach etc., etc. są pochodną wytycznych naszych wybrańców.  „Wybrańcy ludu” przecież  „produkują” i uchwalają ustawy, które przysparzają nam tyle kłopotów na co dzień. Czy zdają sobie z tego sprawę? Chyba nie. Powiem więcej – na pewno nie.
A utwierdził mnie w tym wiersz, który otrzymałem e-mailem :

                               „NIE RZUCIM ŻŁOBU” 

Nie rzucim żłobu to nasz cel,
Wykurzyć się nie damy
Z udziałem naszych rąk i nóg,
Tych żłobów się trzymamy
Niech się nie łudzi polski lud,
Tak nam dopomóż Bóg,
Tak nam dopomóż Bóg

                                        Do krwi ostatniej kropli z żył, 
                                        Bronimy apanaży
                                        By jak najdłużej zostać tu,
                                        Każdy z nas o tym marzy
                                        By nie przeszkodził nam w tym lud,
                                        Tak nam dopomóż Bóg,
                                        Tak nam dopomóż Bóg

A gdy wyborów przyjdzie czas,
To wszystkim obiecamy
Każdy robotę znajdzie z was,
No i POdwyżki damy,
Niechaj się cieszy ciemny lud,
Tak nam dopomóż Bóg,
Tak nam dopomóż Bóg

                                        A po wyborach, kiedy znów
                                        Zajmiemy swe fotele
                                        To POmyślimy, jakby tu,
                                        POwiększyć nam POrtfele,
                                        Bo w nosie mamy głupi lud,
                                        Tak nam dopomóż Bóg,
                                        Tak nam dopomóż Bóg

 Przesłanie takie damy wam,
 Ludziska me kochane
 Co obiecuje POseł wam,
 Na wodzie jest pisane
 Nie zmieni tego żaden cud,
 Tak nam dopomóż Bóg,
 Tak nam dopomóż Bóg

Potraktujmy ten tekst jako wiersz, chociaż śmiało możemy sobie podłożyć pod ten tekst melodię naszej pieśni patriotycznej "Roty" i zaśpiewać. . . 



*   Oświadczam, że nie należę do żadnej partii politycznej i z żadną partią polityczną się nie  utożsamiam,  a   wiersz  wkleiłem w takiej wersji i w takiej formie  w jakiej otrzymałem e-mailem. Pomimo, iż wiersz wyraźnie wskazuje „złą” partię i jej polityków  ja osobiście uważam, że każdy polityk, niezależnie od wyznawanej opcji liczy tylko na  korytko do którego dostąpił, a wyborców ma tam, gdzie słońce nie dociera. O wyborcach przypomina sobie tylko w czasie kampanii wyborczej. 


poniedziałek, 27 lutego 2012

POLICJA, czyli państwo w państwie


Jak już kiedyś napisałem, zdarzenia z jakimi przyszło mi się spotkać i zmierzyć uświadomiły mi, że to nie tylko ZUS i jego pracownicy (z założenia miałem pisać o ZUS-ie) mają nas, obywateli tego kraju w głębokim poważaniu, ale inne instytucje  (o zgrozo również państwowe ) .  Historię, którą teraz opisuję otrzymałem od Pana Jakuba.
Pan Jakub wraz z synem, kilkuletnim młodzieńcem postanowił spędzić weekend na nartach. Świeży opad śniegu spowodował, iż u narciarzy zaczęła krew szybciej
w żyłach krążyć i wybór na spędzenie weekendu mógł być tylko jeden.
I  wszystko było pięknie do momentu, gdy Pan Jakub postanowił wracać z synem do domu.
Po oddaniu sprzętu i po zjedzeniu ciepłego posiłku udali się do samochodu. Wyjazd z ośrodka był bardzo wąski
i biegł pod górkę. Świerzy ubity śnieg na jezdni spowodował „szklankę” , ale można było wyjechać pod górkę, gdyż podjazd był stosunkowo niedługi. Gdy Pan Jakub wyjeżdżał pod górkę, nagle na jezdnie wjechało dziecko na nartach !!! Skąd to dziecko się tam wzięło
i dlaczego było bez opieki nikt nie jest w stanie powiedzieć. Pan Jakub natychmiast zatrzymał samochód, aby nie potrącić dziecka i jak się okazało to był błąd. Jak wspomniałem wcześniej na jezdni była szklanka
i samochód zaczął jechać „ślizgiem „ do tyłu . Nie pomogły żadne zabiegi typu ręczny hamulec, czy też próba ruchu kierownicą, aby zmienić kierunek ślizgu. 
W konsekwencji taranując barierkę ochronną samochód wraz z pasażerami runął z kilkumetrowej szkarpy. Parę osób natychmiast pospieszyło z pomocą. Wezwano również karetkę pogotowia oraz  Policję. W międzyczasie jeden ze świadków zauważył (tak twierdzi i jest w stanie podtrzymać to zeznanie) jak dwie osoby bardzo nerwowo zabrały dziecko które wjechało na jezdnie i bardzo szybko się oddaliły.
Ranny Pan Jakub wraz z rannym synem zostali przewiezieni do szpitala.  Do szpitala przybyła również Policja, która przesłuchała Pana Jakuba na okoliczność zdarzenia. Po wysłuchaniu zeznań Pana Jakuba Policjanci odjechali.
Nie minął kwadrans, gdy znowu pojawili się policjanci
i dokonali pomiaru zawartości alkoholu w organizmie (i tu pierwszy zgrzyt – dlaczego dopiero teraz, oraz dlaczego nie zawierzyli badaniom krwi jakie to wykonał szpital
w czasie przyjęcia pacjenta?). Na szczęście Pan Jakub jest świadomym tego co robi i nie wybiera się w podróż samochodem po alkoholu. Wynik badania – zero promili.
Policjanci odjechali a Pan Jakub wraz z synem dalej pozostali pod opieką lekarzy. Ale to nie koniec wizyt Policji. Po około kwadransie znowu przyjeżdża radiowóz
z policjantami (innymi niż ci którzy przesłuchiwali, oraz innymi niż ci , którzy badali Pana Jakuba na trzeźwość). Policjanci informują Pana Jakuba, iż został uznany winnym spowodowania kolizji i otrzymuje mandat i podsuwają mu dokument do podpisu. Pan Jakub nie świadom niczego, pozostając w szoku po kolizji, będąc w stresie z powodu urazu jakiego doznał syn podpisuje mandat i zadowoleni policjanci odjeżdżają ze szpitala. Mogą sobie odfajkować zakończenie sprawy. Są dumni z tego, że poprawili statystyki.
 A co z Panem Jakubem?
Po wyjściu ze szpitala udaje się on do komisariatu gdzie został wezwany. Otrzymuje notatkę z miejsca wypadku i co się okazuje?
Policja nie wzięła pod uwagę jego zeznań jakie składał
w szpitalu, nie szukała również świadków zdarzenia
i nikogo nie przesłuchała na tą okoliczność. Na pytanie  dlaczego właśnie taki zapis figuruje skoro nie przesłuchali świadków usłyszał, że nie ustalono świadków zdarzenia , więc policjanci sami zrekonstruowali zdarzenie i doszli do wniosku, że winien jest Pan Jakub, gdyż nie dostosował prędkości do warunków jazdy ( przypomnę – samochód zatrzymał się przed wjeżdżającym na jezdnię dzieckiem, a więc prędkość była prawidłowa). Poza tym – jak stwierdzili – przyjął mandat, a więc przyznał się do winy.
I tu nasuwa się kilka pytań typu „dlaczego”:
Dlaczego Policja nie szukała świadków zdarzenia?  
Pan Jakub poszukując świadków znalazł ich. Po pierwsze na nagraniu monitoringu zainstalowanego na wyciągu wszystko zostało dokładnie zarejestrowane, a po drugie właściciel wyciągu, który widział co się dzieje poprosił świadków (gdy karetka zabrała poszkodowanych do szpitala) o dane osobowe gdyby trzeba było zaznawać
w sprawie. Świadkowie byli !!!
DLACZEGO WIĘC POLICJA ICH NIE SZUKAŁA ? ? ? 

Następnie, dlaczego Pan Jakub przebywając w szpitalu, będąc w stresie, w szoku otrzymuje do podpisania jakiekolwiek dokumenty ? 
    
CZY POLICJA NIE MOŻE POCZEKAĆ DO CZASU AŻ OSOBA MAJĄCA PODPISAĆ  DOKUMENT BĘDZIE
W PEŁNI ŚWIADOMA TEGO  CO PODPISUJE ? ? ?

Dlaczego żaden z policjantów nie poinformował Pana Jakuba, że podpisując  mandat przyznaje się do winy
(w tym przypadku przyznaje się do czegoś czego nie popełnił).
TAK BARDZO ZALEŻY POLICJI NA SZYBKIM         ZAKOŃCZENIU PROWADZONYCH SPRAW,  NA            
POPRAWIANIU STATYSTYK, ŻE DOBRO   OBYWATELA  NIC  DLA NICH  NIE   ZNACZY ? ? ?    


poniedziałek, 16 stycznia 2012

O Urzędzie Pracy słów kilka

                 Niedawno otrzymałem z Powiatowego Urzędu Pracy wezwanie do stawiennictwa w tymże urzędzie.  Adnotacja zawierała dopisek cyt: „w celu odebrania oferty pracy lub dalszego szkolenia osoby zarejestrowanej jako osoba bezrobotna”. Pomyślałem sobie jakiego dalszego szkolenia?, skoro gdy chciałem się szkolić (przekwalifikować) usłyszałem, że to obecnie niemożliwe .
                 W wyznaczonym terminie stawiłem się w PUP-ie (nomen omen).
Od urzędnika prowadzącego całą  „zabawę” usłyszałem, iż należy się podpisać na liście obecności i czekać, gdyż niebawem przybędzie pracodawca z ofertą pracy.  Jako poczekalnie, gdzie należało czekać na pracodawcę wyznaczono dość sporą salę. Gdy tak siedzieliśmy w oczekiwaniu na pracodawcę  zauważyłem, że sala ta jest, mimo swych rozmiarów zbyt mała w stosunku do zgromadzonych tam osób. Ciekawość spowodowała, iż ponownie zaglądnąłem do listy obecności i zobaczyłem coś, co wcześniej uszło mojej uwadze. Otóż na liście było 52 nazwiska osób, które dostały wezwanie na ten sam dzień i na tą samą godzinę. Wniosek jaki nasunął mi się na myśl był taki, iż być może ktoś otwiera jakąś działalność ( może coś w ro -
dzaju średniej wielkości firmy)  i potrzebuje sporo ludzi do pracy. Niebawem miało się okazać jak bardzo się myliłem.
Po kilkunastu minutach oczekiwania przybyły dwie bardzo młode i bardzo miłe panie. Przedstawiając się poinformowały nas, iż reprezentują krakowską firmę
(nazwijmy ją X, gdyż nazwa tej firmy nie ma w tym momencie znaczenia)
 i przyszły zaoferować pracę dla dwóch osób w wymiarze czasowym 5/8 etatu. Tak, tak, to nie żart. Pozwolę sobie dla pewności powtórzyć :   5/8  ETATU DLA DWÓCH OSÓB. Przy czym dodatkowo poinformowano wszystkich oczekujących, że zapotrzebowanie jest na jedną kobietę i jednego mężczyznę.  Praca miała być wykonywana na rzecz ZUS-u. Kobieta miała pracować jako sprzątaczka, natomiast mężczyzna miał być pracownikiem gospodarczym.
Nie muszę chyba nikogo przekonywać, iż selekcja odbyła się bardzo szybko. Osoby, które zamieszkiwały  poza miejscowością,  w której usytuowany był ZUS
odpadły automatycznie, gdyż dojazd pochłaniałby większą część wynagrodzenia (przypomnę , 5/8 etatu).  Następnie osoby z wyższym wykształceniem, gdyż odmówiły przyjęcia tej oferty, następnie osoby ze średnim wykształceniem, które również odmówiły przyjęcia „tak zacnej oferty”. Zostało  5 osób, z których wyłoniono dwoje „szczęśliwców”, którzy mogli podjąć pracę na rzecz ZUS-u.

W drodze powrotnej do domu zastanawiałem się nad tym, co dzisiaj zobaczyłem
i co przeżyłem.  Nasunęło mi się kilka stwierdzeń:

1)  ZUS udowadnia na każdym kroku, iż jest organizacją przestępczą i nie 
     szanującą ludzi – podatników. Zamiast zatrudnić ludzi na etacie, zleca
     zatrudnienie innej firmie, oddalonej o ponad 100 km (to nie żart)
     od siedziby ZUS-u, a ta firma zatrudnia na warunkach śmieciowych za to
     sama nieźle na tym zarabia. Pytanie brzmi : czy ZUS nie może od razu, bez
     pośredników  zatrudniać i wypłacać wynagrodzeń ? Kto ma interes w tym
     aby pośrednik zarabiał więcej niż pracownik wykonujący pracę?   

2) Dlaczego urzędnik PUP-u wezwał 52 osoby, skoro były tylko 2 wakaty
     i wiadomo było, że zdecydowana większość z wezwanych ludzi wróci
    o niczym? Ci ludzie przecież nie pracują, a dojazd do PUP-u, to jest jednak
    jakiś koszt.
    Bardzo szybko jednak uświadomiłem sobie, że byłem mimowolnym
    słuchaczem rozmowy urzędników, która to rozmowa stanowi odpowiedź na
    moje pytanie. Otóż gdy podbijałem pieczęć w książeczce  bezrobotnego
    usłyszałem następującą wymianę zdań :
    - „ . . . co, już po wszystkim ?
    - Jasne. I widzisz, że można w godzinę załatwić 50 osób?”
    Teraz jest już jasne, dlaczego urzędnik wezwał tyle osób. Po prostu wykonał
    narzucony mu limit przekazania ofert pracy. On – urzędnik zaoferował
    pracę 52 osobom, a że przyjęły tylko dwie, to już zupełnie inna historia.

3) Czy w tym państwie nikt nie kontroluje pracy urzędników?  Ich sposobów
     i metod pracy. Jak długo urzędnicy będą naszym kosztem (bezrobotnych)
     poprawiać statystyki swojej pracy?

Kilkanaście razy próbowałem skontaktować się z dyrektorem PUP-u.
Nie skutkowało dzwonienie (nigdy nie odbierał telefonu), nie skutkowało osobiste  stawiennictwo w PUP-ie, gdyż nigdy nie trafiłem na dzień, w którym to pan  dyrektor byłby łaskaw stawić się w pracy. Niesamowite, ale nigdy go nie było  gdy  przyjeżdżałem do PUP-u. Przypadek? Pani sekretarka z uśmiechem na ustach zawsze oznajmiała mi , iż pan dyrektor jest w terenie. Natomiast na pytanie kiedy będzie w gabinecie, kiedy będzie przyjmował petentów zawsze  informowała mnie iż nie wie.  

Konkluzja jest taka, że niestety dla nas obywateli tego państwa nie tylko ZUS
i jego urzędnicy mają wszystkich w głębokim poważaniu, lecz inne instytucje państwowe wraz ze swym personelem również. Na pewno kiedyś to się skończy
i to państwo stanie się normalne. Lecz niestety jak na razie takich perspektyw nie widać.
Niestety.  


poniedziałek, 3 października 2011

CUD NASTĘPNY - czyli konował człowiekowi wilkiem

                     Dzisiaj opiszę historię pana Grzegorza, który został , tak jak tysiące osób uzdrowiony w cudowny sposób przez "lekarza" będącego na usługach wszechmogącego ZUS-u.

Jakiś czas temu pan Grzegorz w czasie pracy złamał nogę. Dokładnie mówiąc połamane zostały kości stopy.
Ot, niby nic, wypadek jakich mnóstwo. Przypuszczalnie kontuzja taka nie pozwala pracować 5-6 tygodni, a później można wracać do pracy i żyć jakby nigdy nic. TEORETYCZNIE.
Przypadek pana Grzegorza pokazuje, że można się bardzo pomylić planując swą przyszłość, zwłaszcza, gdy nasza przyszłość zależy od konowałów mieniących się lakarzami, ze szczególnym uwzglęnieniem tych, którzy służa ZUS-owi, i w jego imieniu i jego interesie wydają opinie.
Pan Grzegorz po wypadku trafił do szpitala (na prośbę zainteresowanego nie podaję miejscowości, oraz nazwy szpitala). Tam w bardzo szybkim tempie przeszedł operacje, której celem było "poukładanie" kości na "swoje miejsce", tak, aby po procesie zrastania mógł przejść rehabilitację i wrócić do normalność, tzn. tak, aby mógł chodzić i powrócić do pracy.
Po zabiegu pana Grzegorza męczyły bóle nogi (stopy), ale lekarze twierdzili, że to normalny objaw. Wmawiali mu, że musi się uzbroić w cierpliwość, a bóle same miną i będzie dobrze. Doraźnie podawali mu środki przeciwbólowe, aby lżej znosił proces gojenia . W tym miejscu pozwolę sobie zadać pytanie : Czy proces gojenia musi być bolesny dla pacjenta? Czy w XXI w medycyna nie zna sposobów na bezbolesny powrót do zdrowia?
Bóle nie ustępowały bez względu na czas jaki minął od operacji, lekarze jadnak nadal twierdzili, że to kwestia czasu. Nawet w dniu, kiedy uznali , że stopa jest już PRAWIDŁOWO ZROŚNIĘTA (celowo wyróżniam tę sekwencję, gdyż w dalszej perspektywie będzie ona bardzo ważna) i wypisują pana Grzegorza do domu twierdzili, że bóle ustąpią. Nic takiego jednak nie nastąpiło NIGDY, a minęło już od zabiegu naprawdę sporo czasu.
Po powrocie do domu pan Grzegorz miał poważne trudności z chodzeniem. Nie mógł , pomimo rehabilitacji chodzić bez pomocy kuli, nie mógł prawidłowo postawić stopy. Mało tego. W czasie rehabilitacji okazało się , że nie może stopą wykonywać najprostszych cwiczeń, jak np. skręty stopy  wokół własnej osi, ani też nie mógł wykonać cwiczeń, które zwą się chodzeniem na zewnętrznych lub wewnętrznych częściach stopy.Stopa stawała się coraz bardziej napuchnięta i coraz bardziej bolała. Wizyta u hirurga (wizyta prywatna) zaowocowała tym, że zrobiono prześwietlenie stopy i hirurg wydał opinie następującą : KOŚCI ZOSTAŁY POSKŁADANE NIEZGODNIE ZE SZTUKĄ HIRURGICZNĄ ! ! ! Aby pan Grzegorz mógł chodzić należy pomyśleć
o następnej  operacji, w kczasie której należy kości połamać i poskładać od nowa. 
Trudna decyzja, tym bardziej, że pracodawca zwolnił pana Grzegorza z powodu dłuższej absencji w pracy (pan Grzegorz przebywał na L-4). W związku jednak z tym, że zwolnienie chorobowe trwało kilka miesięcy pan Grzegorz wystąpił
o rentę do czasu powrotu do zdrowia. O dziwo ZUS rentę takową przynał
i skierował pana Grzegorza na zabieg hirurgiczny. I od tego momentu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Żaden lekarz nie chciał się podjąć wykonania zabiegu na panu Grzegorzu. Po zamianie szpitala i konsultacjach z innymi lekarzami również nie było chętnego do wykonania zabiegu. I taka sytuacja trwała półtora roku w czasie którego to czasu pan Grzegorz odwiedził kilka szpitali
i kilkudziesięciu hirurgów i nikt mu nie pomógł ! ! ! ! 
Każdy zasłaniał się wysokim ryzykiem powikłań i namawiał pana Grzegorza do odstąpienia od zabiegu. Nikt nie mógł zrozumieć, że odczuwa on ogromny bół, a przede wszystkim nie może chodzić.  
W końcu nadszedł czas, kiedy to upływał  okres, na jaki to ZUS przyznał rente panu Grzegorzowi. W związku z tym należało znowu stanąć przed komisją ZUS-owską. I TU STAŁ SIĘ CUD, JAKI MOŻE STAĆ SIĘ TYLKO W ZUS-ie. Komisja uznała, że pan Grzegorz jest już zdrów i może wracać do pracy. Komisja nie stwierdziła żadnej kontuzji u pana Grzegorza. Pomimo, iż w czasie pierwszego stawienia się przed komisją, która uznała kontuzję i nakazała zabieg jako jedyną formę powrotu do pełni formy, a żadnego zabiegu na stopie pana Grzegorza nie wykonano. Nie pomogła dokumentacja zebrana w czsie pótorarocznego starania się o ten zabieg. Orzecznik ZUS-owski uznał pana Grzegorza za zdrowego. Nie pomogło również odwołanie. Tam lekarz także nie dopatrzył się żadnej kontuzji.
Obecnie sprawa trafiła do sądu. O zakończeniu na pewno poinformuję, gdyż pan Grzegorz obiecał napisać i poinformować mnie o wyroku sądu. Biorąc jednak pod uwagę swoje doświadczenia z ZUS-em i sądem śmiem w ciemno twierdzić, że uznają pana Grzegorza zdrowym. Obym się mylił, gdyż z listu jaki pan Grzegorz do mnie napisł wnioskuję, że bardzo cierpi. Raz z powodu nieustępującego bólu, a po wtóre z powodu niesprawiedliwosci jaka jest możliwa tylko w dzikich krajach. No i oczywiście tam, gdzie rządzi ZUS.  

środa, 27 lipca 2011

"Operacja" się udała - jutro pogrzeb

Dzisiaj pozwolę sobie opowiedziec historię mężczyzny, którego ZUS uleczył
w cudowny sposób. Na tyle było to "skuteczne" wyleczenie z dolegliwości, że ów człowiek zmarł.

                                               Historia kontaktów pana Jana z ZUS-em sięga przeszło dwudziestu lat wstecz. Wtedy to na  skutek  wypadku,  jakiemu  uległ 
w pracy stracił wzrok w jednym oku, lekarze musieli amputowac łącznie cztery palce u rąk, nieodwracalnie uszkodził kręgosłup, oraz co było najgorsze musiał miec przetaczaną krew. Niedługo potem okazało się, że musi byc poddany leczeniu hormonalnemu. Z początku wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Był na tyle sprawny, ze spotykaliśmy się kilkakrotnie na wspólnych wypadach wędkarskich, gdyż obydwaj byliśmy miłośnikami wędkarstwa. Lecz owa sielanka nie trwała długo. Niedługo hormony zaczęły dawac znac o sobie. Oprócz innych zaburzeń pan Jan zaczął coraz bardziej tyc. Oprócz  codziennych zmagań z inwalidztwem pan Jan musiał walczyc dodatkowo z bólem stawów (dodatkowe obciązenia związane z przyborem wagi), cukrzycą , któej nabawił się w tak zwanym międzyczasie, oraz postępującym słabnięciem wzroku w jedynym zdrowym oku. I wówczas stała się rzecz niebywała. Otóż po prawie dwudzuestu latach od czasu wypadu, kiedy to ZUS przyznał panu Janowi rente z tytułu niezdolności do pracy, pan Jan został ponownie wezwany przed oblicze jedynie słusznej i nieomylnej władzy jaką jest ZUS. I wówczas stał się cud.
"Lekarz" orzecznik uznał, że pan Jan jest już zdrów, oraz że może wrócic na rynek pracy. W związku z tym renta jaką pan Jan posiadał została mu zatrzymana. Renta była jedynym środkiem utrzymania pana Jana, więc został pozbawiony środków do życia.
Decyzja o wstrzymaniu renty musiała bardzo zabolec pana Jana. Po powrocie do domu usiadł na ławeczce w sadzie i poprosił żonę, aby ta zaparzyła mu kawy. Żona udała się po kawę dla męża, lecz gdy wróciła nie miała już komu podac tej kawy. Pan Jan leżał obok ławki. Lekarz pogotowia wezwanego na ratunek stwierdził zgon. Tak oto  zakończyła historia człowieka cudownie uleczonego przez polskiego lekarza na usługach ZUS-u. Pacjent zmarł w tym samym dniu, w którym został uleczony.

Dzisiaj mija rocznica śmierci pana Jana. Człowieka, który padł ofiarą zbrodniczego systemu państwa, oraz chciwości i niekompetencji ludzi 
w białych kitlach.

środa, 27 kwietnia 2011

PCPR - sprzęt rehabilitacyjny

Równolegle z prośbą o dofinansowanie własnej działalności gospodarczej złożyłem wniosek o dofinansowanie sprzętu rehabilitacyjnego. Sugestię, aby taki wniosek złożyć otrzymałem od lekarza prowadzącego, który stwierdził, iż systematyczne korzystanie z takiego sprzętu na pewno poprawi mój stan zdrowia, a co za tym idzie sprawa dopuszczenia mnie do pracy zdecydowanie się przyspieszy. Nie namyślając się wiele stosowny wniosek złożyłem. Oczywiście nie obyło się bez bzdurnej biurokracji. Należało wypełnić odpowiednie druki, z których nic nowego nie wynikało. Wszystko to, co należało wypełnić było już wiadome urzędnikom, gdyż wcześniej wszystko to już musiałem napisać w innych dokumentach. Ale biurokracja jest rzeczą nadrzędną i trzeba się z nią liczyć.Jedyną nowością było to, iż musiałem udać się do firmy, gdzie teoretycznie mam nabyć sprzęt i poprosić o fakturę (pro forma), w celu przedstawienia jej w PCPR.  Po co faktura jest potrzebna przed zakupem, przed przydziałem jakiegokolwiek dofinansowania? Na to pytanie również nikt nie potrafił mi udzielić jasnej i prostej odpowiedzi. Usłyszałem tylko standartowe "takie są przepisy". Usłyszałem natomiast zapewnienia, że PCPR bardzo stara się pomagać osobom niepełnosprawnym w różnych aspektach życia, więc mogę być spokojny, i że jak tylko środki zostaną przydzielone, to na pewno dofinansowanie na zakup sprzętu rehabilitacyjnego otrzymam.
Po niespełna czterech miesiącach przyszła pisemna odpowiedź na mój wniosek, którą to odpowiedź przedstawiam na skanie :








Powiem szczerze, że decyzją jaką otrzymałem nawet nie jestem zdziwiony, ani też zaskoczony. Stosunek naszego państwa do swych obywateli, a szczegól -
nie do obywateli niepełnosprawnych jest wybitnie negatywny .
Trudno zatem było liczyć, że nagle nasze państwo. które tyle rzeczy już zdołało odebrać Polakom nagle dla mnie zrobi wyjątek i coś mi ofiaruje. Pytam tylko do czego jest potrzebna taka rzesza urzędników, którzy tak naprawdę nic nie robią, poza pisaniem odmownych decyzji? Czy nie mogłaby tego robić jedna osoba? A oszczędności wynikające z redukcji etatów można by przeznaczyć np. na rehabilitację niepełnosprawnych.


                                                      OŚWIADCZENIE


Oświadczam, iż celowo zamazałem niektóre dane (numer sprawy, datę wysłania, mój adres, oraz nazwisko inspektora PCPR-u), aby sprawa nie była identyfikowana z konkretną osobą, lecz z instytucją i systemem.


piątek, 15 kwietnia 2011

Dofinansowanie z PFRON


Po  odrzuceniu mojego pomysłu na działalność gospodarczą pozwoliłem sobie przedstawić pani urzędniczce plan awaryjny, czyli pomysł na  działalność o in -
nym profilu niż ostatnio przedstawiony. Zauważyłem, że panie siedzące
w pokoju, w którym byłem obsługiwany (były tam trzy urzędniczki) szybko wymieniły spojrzenia między sobą i po chwili którą wypełniała błoga cisza nastąpił odzew ze strony urzędnika państwowego  cyt :  „ … myślę, że ten pomysł nie ma szans na zaakceptowanie.  Taki sam profil działalności założyło w zeszłym roku kilka osób i tylko jednej się powiodło. Pomysł może zostać uznany za nietrafny. . .  Wówczas przedstawiłem swoją wizję działalności. Starałem się  jasno przedstawić jakie kroki i dlaczego właśnie takie zamierzam podjąć. Starałem się wykazać, że na podstawie badań rynku wynika, że jest zapotrzebowanie na tego typu działalność, zwłaszcza w naszym rejonie. Potrzeba tylko uporu i samozaparcia aby wejść na rynek. Poza tym odpowiednia reklama  zdecydowanie mogłaby pomóc w działalności.  Ale,
o zgrozo, im więcej argumentów przedstawiałem, tym większa była dezaprobata dla mojego pomysłu.
Postanowiłem więc przejść do następnego punktu i zacząłem rozmowy o je -
szcze innym profilu działalności.  Jednak nastawienie urzędniczek było dokładnie takie samo jak przy poprzednich moich pomysłach.  Gdy już wyczerpały mi się pomysły jakie miałem przygotowane na ten dzień, zapytałem, co w takim razie mógłbym robić, aby liczyć na pomoc w dofinanso-
waniu działalności. Panie urzędniczki  jakby na takie pytanie czekały. Od razu zaczęły jedna przez drugą uświadamiać mnie, że najlepszym wyjściem byłoby, abym otworzył sklep stacjonarny, a już najlepiej spożywczy. Wówczas otrzymałbym dofinansowanie, a i PFRON byłby spokojny o pieniądze jakie na mnie wyłoży.
Powiem szczerze, że mało mnie szlag nie trafił gdy usłyszałem o sklepie i to jeszcze spożywczym. Człowiek stara się analizować rynek, rozmyśla jak można wejść na rynek z czymś sensownym  aby zaistnieć, a panie urzędniczki oferują mi sklep spożywczy. Pytam się gdzie miałbym ten sklep umiejscowić, bo chyba nie ma już miejsca na którym nie stałby już jakiś większy lub mniejszy sklep spożywczy? Poza tym po żółtaczce jaką przechodziłem nie mogę mieć styczności z żywnością w skali masowej. Sanepid nie dopuści mnie do takiej pracy. Wówczas panie urzędniczki z uśmiechem na twarzy stwierdziły, że takie są przepisy i nic na to nie poradzą.
Tylko o jakie przepisy chodzi? Tego nikt nie potrafił mi wyjaśnić.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

PCPR - ciąg dalszy

Gdy ponownie pojawiłem się w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie od razu udałem się do pokoju wskazanego mi w czasie ostatniej mojej wizyty. Pani urzędniczka rozpytała mnie na okoliczność przyniesionych przeze mnie dokumentów i wówczas zaczęły się schody.
Gdy zapytała mnie jaki rodzaj działalności mam zamiar otworzyć  ufnie odpowiedziałem, że działalność moja to  X (celowo nie piszę tu rodzaju działalności, gdyż mam nadzieję, że mój pomysł da się jeszcze wdrożyć 
w życie i nie chcę aby mnie ktoś ubiegł). Na to pani urzędniczka zaraz miała gotową odpowiedź, że aby taką działalność otworzyć muszę mieć pewne kwalifikacje, których obecnie nie posiadam. Oczywiście byłem na to przygotowany, gdyż wcześniej zapoznałem się z warunkami jakie trzeba spełniać przy otwieraniu tego typu działalności. Odpowiedziałem pani urzędniczce, że owszem, nie mam jeszcze tych kwalifikacji,  ale jestem trakcie zapisu na kurs, który umożliwi mi uzyskanie odpowiedniego dokumentu, natomiast na dzień dzisiejszy znalazłem osobę, która ma uprawnienia i z tą osobą otworzę działalność. Na to pani  PCPR oznajmiła, że jest to niemożliwe. Powiedziała, że nie wierzy, aby ktoś kto ma takie uprawnienia nie otworzył sobie sam działalności, tylko czekał na mnie. Uznała, że osoba ta chce mnie oszukać i że PCPR nie da mi środków na działalność.  Powtarzam : PANI  URZĘDNIK UZNAŁA, ŻE  OSOBA  Z  KTÓRĄ  CHCĘ  WSPÓŁPRACOWAĆ  CHCE  MNIE  OSZUKAĆ ! ! ! ! !  Pytam się na jakiej podstawie wysnuła taki osąd ? Jak mogła w ten sposób zawyrokować nie znając mnie, nie znając osoby z którą chcę współpracować, nawet nie widząc tej osoby na oczy ? Na nic zdały się moje tłumaczenia i prośby. Temat został szybko zamknięty, gdyż pani urzędnik uznała, że nic więcej nie da się z tym zrobić.
Byłem oczywiście przygotowany na taką okoliczność (wizyty w urzędach nauczyły mnie, że wszystko może się zdarzyć  i że na wszystko muszę być przygotowany). Miałem przygotowany plan awaryjny
B i C, a nawet D . Ale co z tego wynikło napiszę w następnym wpisie.

niedziela, 27 marca 2011

Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie

Dzisiaj napiszę coś, co dotyczy mnie osobiście, coś czego sam doświadczyłem, a innym razem opiszę sprawę , którą otrzymałem e-mailem od czytelnika.

Otóż kilka miesięcy temu miałem przyjemność stawać przed komisją orzekają-
cą o stopniu niepełnosprawności  PCPR (Powiatowe Centrum Pomocy Rodzi-
nie). Muszę uczciwie powiedzieć,  że nie jest to tak upokarzające jak komisja, w której orzekają szamani z ZUS-u.  Tu przynajmniej człowiek ma prawo po-
wiedzieć z czym przychodzi, jaki ma problem, co go boli. Jest traktowany jak człowiek,  a nie jak bandyta, jak potrafią potraktować nas konowały zusow-
skie.
Ale nie o lekarzach dziś będzie, chociaż muszę powiedzieć, że nie podzielili oni opinii kolegów będących na usługach ZUS-u, nie przyjęli do wiadomości iż jestem zdrowy (co wyraźnie ZUS sugerował) i przyznali mi II grupę inwalidzką (stopień umiarkowany) na kolejne cztery lata. Jednak jak mówię dzisiaj nie
o tym.
Przy okazji wizyty w PCPR miałem okazję spotkać się (obligatoryjnie wszyscy muszą to zrobić) z doradcą zawodowym. Bardzo miła pani poinformowała mnie, ze ponowne przyznanie mi grupy (czego nie chciałem) nie dyskwalifikuje mnie z rynku pracy. Że z grupą powinno mi być łatwiej znaleźć pracę. Wówczas opowiedziałem pani jak w praktyce wygląda znalezienie pracy przez osobę z grupą inwalidzką. Opowiedziałem nawet o jednej ze spółdzielni zatrudniającej inwalidów, która to spółdzielnia  korzysta ze środków finansowych z racji zatrudnienia niepełnosprawnych. Na każdego zatrudnionego niepełnosprawnego otrzymuje dofinansowanie ok. 800- 1000 PLN miesięcznie, natomiast  zatrudnia niepełnosprawnych w systemie akordowym, płacąc  900 PLN netto miesięcznie(przy średniej krajowej ok.3300 brutto). Stwierdziłem, że to jest jawny wyzysk osób chorych i nie chciałbym w takiej firmie pracować, gdzie pracodawca nie szanuje pracownika.
Wówczas pani doradca zawodowy poinformowała mnie, że sam mogę założyć własną działalność. Na mój argument, że długo już nie pracuje, cały czas choruję i nie mam środków, że finansowo nie stać mnie na otwieranie żadnego biznesu powiedziała, że jest możliwość dofinansowania działalności otwieranej przez osoby niepełnosprawne. Przedstawiła mi warunki jakie muszę spełniać aby owe dofinansowanie otrzymać. Okazało się, że wszystkie warunki spełniam i mogę się starać o dofinansowanie własnej działalności.  Wtedy pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem , że może jednak da się coś zrobić. Że może z pomocą urzędnika państwowego będę mógł odwrócić swą złą passę i zacząć żyć od nowa.
Jak bardzo się myliłem i co z tego wyszło opiszę w następnym wpisie.

poniedziałek, 14 marca 2011

CHORY (inwalida) = niepotrzebny

Jak Szanowni czytelnicy tego bloga widzą, nie jestem jedyną osobą, która skarży się na postępowanie urzędników państwowych, w tym lekarzy ZUS-owskich. Przykład Pani Małgorzaty T. jest tego dobitnym przykładem. Jest to
o tyle bolesne, że lekarze ci (chociaż teraz już nie wiem, czy są godni nosić miano lekarza) przysięgają pomagać nam, traktować nasze zdrowie i życie jako dobro najważniejsze i w końcu biorą pieniądze z naszych podatków.
A jeżeli tak, to domagam się ukarania lekarzy, którzy wbrew temu co przysięgali, dbają tylko o swoje dobra, o pensje, domy, samochody. Którzy ludzi chorych traktują jak powietrze, dbając tylko o to, by odrzucić wniosek składany przez chorego i dzięki temu otrzymać premię z ZUS-u. Tylko kto ma ich ukarać? Sądy? Nie, gdyż sady i lekarze ZUS-owscy to jedna ręka, o czym przekonuje człowiek, który tego doświadczył i opisuje to w jednym
z komentarzy do mojego postu. Kto więc w tym państwie dba o podatnika,
o człowieka?
Jak już napisałem kiedyś, jesteśmy potrzebni tylko w okresie wyborczym. Po oddaniu głosu i wrzuceniu go do urny stajemy się niepotrzebni. Nasze problemy są niezauważane. I wiem co mówię. W czasie mojej walki z polską niesprawiedliwością spotkałem się z wieloma ludźmi. Ludźmi, którzy kiedyś deklarowali mi pomoc, jeśli tylko zajdzie taka konieczność. Ale wówczas był okres przedwyborczy, i bardzo łatwo było rzucać obietnice. Jak się okazało obietnice bez pokrycia. Teraz np. jedna z tych osób jest dyrektorem Powiatowego Urzędu Pracy , inna osoba jest burmistrzem miasta w którym mieszkam, lecz próżno szukać u nich pomocy. Okres wyborczy minął, a więc wszystkie obietnice idą do lamusa. Stanowiska spowodowały, że zapomnieli już o obietnicy pomocy. Chcieli pomóc, gdy takiej pomocy nie potrzebowałem, natomiast teraz, gdy potrzebuję odwracają się plecami. 
I to jest problem nie tylko mój. Z  korespondencji e-mail, jaką prowadzą ze mną osoby potraktowane w ten (lub podobny) sposób jak ja, wynika, że jest to problem większości, o ile nie wszystkich. Wszyscy mieli obietnice pomocy, postanowienia itp. Natomiast gdy przyszło do realizacji obietnic, sprawy zaczęły się nagle komplikować. Ale wiem (jak również inni, którzy otrzymali obietnice), że już więcej ci ludzie głosu mojego nie dostaną. Powiem więcej : będę głośno opowiadał o tym, jacy są wiarygodni, aby inni nie ulegli kiedyś podobnym obietnicom.
Ale wiem, ze są też ludzie, którzy pomagają chorym, inwalidom i to bez rozgłosu. Opowiem o nich innym razem.
Teraz powrócę jeszcze do lekarza orzecznika z Nowego Sącza, który nawymyślał jednemu z chorych w czasie tzw. komisji lekarskiej. Oto link do tego zdarzenia :    http://www.youtube.com/watch?v=ZAUQ3bc-uF8
Sami państwo możecie ocenić pracę ludzi, którzy nas leczą. Oto jak nas traktują, jak nas postrzegają . Mało tego, jeszcze nas straszą ! ! ! I za taką pracę chcą pobierać pensje wielkości 2-3 średnich krajowych. Sami oceńmy ich pracę, mając na uwadze fakt, że każdy z nas moze wcześniej, czy później być pacjentem takiego konowała na usłudze ZUS-u.
Z relacji wynika, ze lekarz ten miał ponieść konsekwencje. Miał być usunięty. A jak się sprawa zakończyła zobaczcie państwo sami. :
 http://www.youtube.com/watch?v=XtsmKk2dHI4&feature=related

środa, 9 marca 2011

Sprawa Pani Małgorzty T. - zakończenie


Jakim to wszystko jest bezprawiem, to jeszcze świadczy fakt, że ustawodawca umożliwia osobie z całkowitą niezdolnością do pracy podjęcie zatrudnienia (rzekomo bez zagrożenia utraty świadczenia)i uzyskanie dochodów 
w wysokości ponad 2000 złotych brutto miesięcznie. Pytam więc: Na jaką chorobę trzeba zapaść, skoro przy raku z przerzutami do węzłów chłonnych, nadciśnieniu III stopnia, zwyrodnieniach kręgów szyjnych, schorzeniach po leczeniu inwazyjnym nie ma się całkowitej niezdolności do pracy? Ja nie podjęłam takiej pracy, nie dlatego, że nie chcę, ale jej nie ma i dodatkowo czuję się na tyle źle, że nie podejmę pracy, które m a ofercie Grodzki Urząd Pracy (codziennie sprawdzam w Internecie - oferty dla osób niepełnosprawnych. Tak jak Pan Urząd Miasta przyznał mi umiarkowany stopień niepełnosprawności, czyli odpowiednik ZUS-wskiej całkowitej niezdolności do pracy).Tak jak wspomniałam oferty wymagają końskiego zdrowia.
I właśnie teraz trafiłam na Pana blog - jestem bardzo wdzięczna, że Pan to wszystko opisał. Miałam odwołać się do Sądu, ale to by były kolejne upokorzenia, które i tak zaprowadziłyby mnie najwyżej do groźby, że obrażam Sąd i że zostanę ukarana.
Gdy dostałam wtedy od orzecznika, o którym wspomniałam, że wydawał mi się w porządku, częściową niezdolność do pracy i to tylko na okres lat dwóch, to przez 5 dni nie byłam w stanie wyjść z pokoju. Ja nie płakałam, ja wyłam. Nie wiem, co zrobię za te dwa lata. Blisko 28 lat przepracowałam i oddawałam składki na ten przeklęty ZUS w wymiarze rzeczywistych dochodów. Sama nigdy nikogo nie skrzywdziłam. Zawsze starałam się każdemu pomóc na miarę moich możliwości. Sama natomiast zostaje skrzywdzona i to przy takiej chorobie jakim jest rak. Nie mam już siły do niczego.
Serdecznie Pana pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy Pana historii. Proszę się nie zniechęcać, tylko pisać wszystko. Wiem, że nie ma Pan dużo komentarzy, ale mnóstwo ludzi to czyta.
Jeszcze jedno - jestem przekonana, że takich orzeczników los również doświadczy, bo na to zasługują. Orzecznicy są sługusami, ale są też ludźmi; ludźmi pozbawionymi kręgosłupa moralnego. Udają lekarzy, ale lekarz stosuje się do dewizy: przede wszystkim nie szkodzić pacjentowi, a oni nam szkodzą. Renty natomiast przyznają tylko znajomym, rodzince i myślę, że za pieniądze. Jeszcze raz pozdrawiam - Małgorzata T.

środa, 2 marca 2011

Przypadku p. Małgorzaty T. ciąg dalszy


Po roku prowadzący mnie lekarz onkolog powiedział, że mój stan zdrowia kwalifikuje mnie do dalszego otrzymywania dodatku pielęgnacyjnego i wypisał informację o stanie zdrowia. Stanęłam przed orzecznikiem - wyjątkowym bezczelnym typem, który od samego początku traktował mnie gorzej niż śmiecia - dotyczy to jego komentarzy i zachowania. Natomiast badanie wyglądało tak: Pukał po kolanie młoteczkiem, kazał sobie trafić paluszkiem do nosa, tylko biduś jakoś nie zauważył braku piersi (mimo, że stałam przed nim roznegliżowana) ani blizn po usunięciu węzłów chłonnych i blizny po przeciętych na odcinku 20 cm pleców - po torakotomii w 1996.
Potem długo coś pisał na maszynie i powiedział, że to już wszystko. Gdy zapytałam (bardzo delikatnie), co wnioskuje - zaczął na mnie wrzeszczeć, że dowiem się pocztą. A gdy się ośmieliłam zapytać jak długo to będzie trwało, odpowiedział, że nie jest listonoszem, aby mi to powiedzieć. Niedługo musiałam czekać - pan orzecznik nie tylko odebrał mi dodatek pielęgnacyjny, ale jeszcze próbował podważyć grupę inwalidzką. Wystąpił do szpitala
(a byłam leczona w czterech) o ponowne przesłanie dokumentacji medycznej (wszystko miał złożone i potwierdzone za zgodność z oryginałem).
Gdy otrzymałam to pismo, to po prostu zaczęłam wyć. Zadzwoniłam do prowadzącego mnie lekarza, który kazał mi natychmiast przyjść. Chciał nagłośnienia mojej sprawy w mediach. Ja jednak - w swojej naiwności - wierzyłam w sprawiedliwość. Postanowiłam działać zgodnie tym, co nakazywało mi sumienie. Więc przede wszystkim napisałam do Działu Orzecznictwa skargę na lekarza orzecznika, ale ponieważ wiedziałam, że nie jestem jedyną osobą pokrzywdzoną przesłałam kopię tego pisma do Rzecznika Praw Obywatelskich i Ministerstwa Zdrowia (chciałam również do Rzecznika Praw Pacjenta, ale jakoś nie mogłam się doszukać danych). Wraz
z pismem opisałam całą moją sytuację zdrowotną i dołączyłam kserokopie całej dokumentacji medycznej.
Rzecznik praw pacjenta (gabinet nieżyjącego już Pana Kochanowskiego) odpowiedział mi coś w stylu, że jest im bardzo przykro, ale ZUS nie podlega pod Rzecznika, ale, że się pisze na przyszłość. Natomiast Ministerstwo Zdrowia - gabinet Pani Kopacz odesłał sprawę do Departamentu Skarg. Natomiast Departament Skarg do... ZUS-u, tyle, że w Warszawie na Czerniakowską. Czerniakowska z powrotem do Krakowa i przekazano sprawę do tego samego orzecznika na którego napisałam skargę.
Ponieważ w piśmie powołałam się, że decyzję doktora nauk medycznych
w dziedzinie onkologii podważa lekarz nie mający wiedzy medycznej w danym zakresie, Pan orzecznik postanowił "naprawić błąd" i odesłał mnie również do doktora nauk medycznych, który oczywiście zaopiniował zgodnie z jego decyzją. Tyle, że nie było już mowy o odebraniu mi grupy. Straciłam 163 złote dodatku pielęgnacyjnego. Pan orzecznik wnioski przesłał na Czerniakowską
w Warszawie i stamtąd otrzymałam odpowiedź, że po dokładnym przeanalizowaniu mojego stanu zdrowia, wieku, możliwości przekwalifikowania się itd. nie należy mi się dodatek pielęgnacyjny.
Gdybym dostała jeden dzień wcześniej ten list nie występowałabym do Komisji Lekarskiej (jednak chciałam się zmieścić w terminach odwołań).
Tu dopiero przeszłam przez cyrk. Zostałam przyjęta jako pierwsza. Były dwie panie, które identycznie jak u Pana zadawały pytania tak, aby nie było wiadomo jak odpowiedzieć. Wprowadziły atmosferę ogromnej nerwowości. Ledwie weszłam i jeszcze nie zdążyłam nic powiedzieć jak niemal chórem mi powiedziały, że mi się dodatek pielęgnacyjny nie należy, bo się ubieram sama (to nie jest żart). Stałam prawie goła przez ponad pół godziny, boso na podłodze z PCV i odbywał się cyrk zwany badaniem. Oczywiście wiadomo, że dodatek pielęgnacyjny utraciłam. Nabawiłam się jednak 3 wrzodów na żołądku i nadżerki. Musiałam wrócić do leków antydepresyjnych i zostałam objęta leczeniem w Poradni Nadciśnieniowej (przyszpitalnej).

Trzy lata na którego Pani orzecznik w 2007 roku przyznała mi całkowitą niezdolność do pracy minęły szybko. Czułam, że będzie źle, więc się zarejestrowałam jako poszukująca pracy. Oczywiście, że przy moich schorzeniach nikt mnie nie zatrudni (i wcale się nie dziwię, bo kilka razy
w miesiącu odwiedzam lekarzy, którzy przyjmują wyłącznie w godzinach dopołudniowych, poza tym co 3 miesiące mam dwutygodniową rehabilitację puchnącej ręki i kręgów szyjnych).
W listopadzie 2010 roku stawiłam się w ZUS u Orzecznika - Tym razem wydawał się rozsądnym człowiekiem. Przyznał uczciwie, że jestem naprawdę chorym człowiekiem. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy uzyskałam na okres 2 lat częściową niezdolność do pracy. Odwołałam się do Komisji. Zostałam potraktowana jeszcze gorzej niż poprzednio. Szczególnie jedna "lekarka" zachowywała się skandalicznie. Parę dni temu uzyskałam informację, że nie jestem całkowicie niezdolna do pracy i podtrzymały decyzję orzecznika. Teraz przyszło mi żyć z 700 zł. O pracy nie ma mowy - po pierwsze ponieważ nie ma takiej, którą bym dała radę wykonywać, a po drugie mam (oprócz mojej choroby) mamę mającą 88 lat i nie jest możliwe pozostawienie jej bez opieki. Łączymy razem nasze dwie renty ale jest bardzo ciężko. Na Komisji natomiast na odchodne panie mnie poinformowały, że jeżeli nie będę miała wznowy choroby w ciągu tych dwóch lat, to zupełnie mi odbiorą rentę. Wtedy będę miała już prawie 57 lat. Innymi słowy zasugerowały mi, że najlepiej, aby skończyć z sobą, ponieważ w tym państwie bez pieniędzy żyć się nie da. Jeszcze "w trosce o moje dobro" jedna powiedziała: "Pani stan psychiczny jest tak zły, że dla własnego zdrowia powinna pani iść do pracy. Zatkało mnie zupełnie. Przecież to właśnie ZUS pozbawił mnie pracy. Nikt mnie nie zwalniał. Moje stanowisko cały czas czekało na mnie. Jednak gdy dostałam tzw. jedynkę i minął okres prawa do zasiłku chorobowego - zakład pracy musiał rozwiązać umowę o pracę. cdn. Małgorzata T.

czwartek, 24 lutego 2011

"Aby być lekarzem w ZUS-ie trzeba być albo marnym fachowcem, albo człowiekiem pozbawionym uczuć"

Tytuł dzisiejszego wpisu, to słowa jednego z lekarzy, który odmówił ZUS-owi usług. Cytuję te słowa, gdyż uważam, że sens tych słów nie pozostawia złudzeń. A teraz do rzeczy.
Dzisiaj, zgodnie z tym co już wcześniej zapowiadałem chciałbym podać przykłady uczciwości i rzetelności w pracy lekarzy. Lekarzy orzeczników ZUS-owskich, a więc tych osób na które łożymy ze swoich podatków dając im utrzymanie.Tak, dając im utrzymanie. Bo przecież pensje które pobierają
w ZUS-ie to nic innego jak nasze podatki . Jak nam za to dziękują? Jak się angażują w wykonywaną pracę? Proszę, oto przykład :
http://www.youtube.com/watch?v=ZAUQ3bc-uF8
I jeżeli myślą państwo, że ten lekarz poniósł jakieś dotkliwe konsekwencje, to są państwo w błędzie.

Drugim przykładem niech będzie kobieta, która opisała swe przeżycia
w komentarzach do mojego postu.
Dla osób, które nie czytały tego wątku przytaczam słowa Pani Małgorzaty :

Przechodzę przez to samo, co Pan.
Wielokrotnie opisywałam już moją historię na forum, mając nadzieję, że przyniesie mi to ulgę, albo ktoś pomoże przynajmniej inaczej spojrzeć na całą sytuację. Jednak krzywda i pozbawienie człowieka ciężko chorego jedynych środków do życia jest przestępstwem, bo jak ktoś mądrze napisał na forum: Krzywdzenie osób słabych i chorych jest przestępstwem.
Początkowo wydawało mi się, że dam radę walczyć o swoje prawa, niestety szybko się przekonałam, że po moich przejściach chorobowych, a przede wszystkim z upokorzeniami, które zniosłam w ZUS-ie i Komisji ZUS pozbawiło mnie wiary w sprawiedliwość, ale również w sens życia w tym podłym systemie.
Wcale nie pisze Pan za mocno - według mnie, w Pana artykułach nie ma nietaktu ani żadnej przesady. Pisze Pan tylko to, co rzeczywiście czuje,
i prawdę o tym, co Pan przeszedł. Oczywiście Sąd zawsze może zagrozić, że Pana ukarze - Sąd, do którego zwracają się ludzie wyczerpani chorobą
i sytuacją - nie staje w naszej obronie, tylko jeszcze nas rozdeptuje, jak się depcze insekty. Ja po Pana artykule postanowiłam zrezygnować z szukania "sprawiedliwości w Sądzie" - bo uważam, że nic nie wskóram. Tak jak Pan napisał wszystko jest z góry ustalone. Natomiast renty dostają wyłącznie ludzie zdrowi po znajomości, albo za pieniądze. Wniosek taki nasuwa się sam, ponieważ jestem od maja ubiegłego roku zarejestrowana w Grodzkim Urzędzie Pracy, jako poszukująca pracy i widzę jakie oferty są tam zamieszczone. Trzeba mieć końskie zdrowie, aby temu podołać.
Ja mam raka (na 25 węzłów chłonnych miałam zajęte 11), cierpię na nadciśnienie tętnicze III stopnia - czyli najcięższe - po przejściach z ZUS-em często mam ponad 200/130; mam ciężkie zwyrodnienia kręgów szyjnych,
w których jest również zaznaczona osteoporoza - uniemożliwia mi to długie siedzenie w wymuszonej pozycji (teraz np. pisząc ten komentarz leżę). Ręka po stronie usuniętych operacyjnie węzłach chłonnych jest ciągle napuchnięta jak bania. O pozostałych zwyrodnieniach stawów i kręgosłupa nie będę już wspominała,
Gdy w 2007 roku wykryto u mnie raka piersi nie zakwalifikowałam się na operację, wcześniej miałam chemioterapię mającą na celu zmniejszenie ognisk. Po chemii przeszłam operację, potem następne chemioterapie i na koniec 25 cykli radioterapii. Mimo wszystko nie ubiegałam się o rentę, tylko
o 3 miesięczne świadczenie rehabilitacyjne, celem dokończenia leczenia. Lekarz orzecznik dał mi odmowę i przyznał całkowitą niezdolność do pracy na okres lat 3 i niezdolność do samodzielnej egzystencji na okres 1 roku. Od razu w gabinecie zaprotestowałam. Powiedziałam, że nie chcę renty, chcę tylko zakończyć leczenie, ponieważ w 1996 roku miałam usuniętą torbiel
z płuca i wówczas po rocznej rencie rehabilitacyjnej ZUS mnie uzdrowił. Zostałam bez środków do życia. Prowadziłam wówczas działalność gospodarczą (jednoosobową) która oczywiście padła. Nie miałam środków na nic, a przede wszystkim sił psychicznych. Popadłam w depresję. Pomocy nie udzieliło mi państwo, tylko moi przyjaciele, którzy pomogli mi znaleźć pracę.
I właśnie tam byłam zatrudniona aż do chwili, gdy wykryto u mnie raka.
W pracy byłam jeszcze dzień przed pierwszą chemioterapią.
Gdy to wszystko powiedziałam lekarce, zastanowiła się i powiedziała, że nie ma obaw, że ja już będę miała prawie 55 lat i do pracy na pewno nie wrócę. To prawda, że nie odwołałam się od tej decyzji, ale byłam bardzo chora, łysa
i upokorzona samą chorobą. Zaufałam tej lekarce. Cieszyłam się, że mimo, iż miałam 930 zł (z dodatkiem pielęgnacyjnym) mogę spokojnie chorować. Po chemiach zresztą doszły kolejne dolegliwości, np. z żyłami, no i ręka o której wcześniej wspomniałam.

Ciąg dalszy listu Pani Małgorzaty opublikuje w następnym wpisie. 

sobota, 19 lutego 2011

Dzisiaj dla odmiany kilka słów podziękowania


W dzisiejszy wpisie odejdę trochę od tematyki „sprawiedliwego i zgodnego
z konstytucją” traktowania ludzi w naszym kraju przez jedynie słuszne organy państwowe, a skupię się dzisiaj na podziękowaniach. Tak, na podziękowa- niach, bo uznałem, że należy się to czytelnikom mojego bloga.
Chcę podziękować wszystkim, którzy zadali sobie trud i zapoznali się z sytu-
acją opisywaną na moim blogu. Obiecuję, że nadal będę opisywał działania naszych organów państwowych , które to czynią co tylko mogą, by obywatelowi żyło się lepiej.
Dziękuję wszystkim imiennym , oraz anonimowym użytkownikom, którzy dodali komentarz do mojego bloga.  Na pewno czyni go to atrakcyjniejszym mając na uwadze różny punkt widzenia kilku osób , który to punkt widzenia i tak sprowadza się do jednego wspólnego mianownika : państwo niesprawiedliwości społecznej.
Dziękuje ( tu pozwolę sobie na imienne podziękowanie ) Pani  podpisującej się Małgorzata T.  Pani problem uświadomił mi, że mój problem jest naprawdę niewielki, mając na uwadze to co Pani przeżywa. Uświadomił mi również, że miałem racje wypowiadając swoje opinie o naszym państwie.
Dziękuję również ogromnej rzeszy kolegów  z portalu www.koledzyzwojska.pl  . Dowiedziałem się , że w związku z moją sytuacją toczy się na tym portalu ostra dyskusja. Dziękuję i proszę o dalsze rozpropagowanie mojego bloga wśród znajomych, kolegów i kogo się jeszcze da. Niech moja sytuacja  będzie przestrogą na przyszłość dla wszystkich.
Dziękuję całej Polonii polskiej która czyta mojego bloga i koresponduje ze mną z takich miejsc na świecie jak : Austria, Anglia, Irlandia, Norwegia, Finlandia, Rosja, Litwa, Niemcy, Francja, Hiszpania , Czechy, Kanada, USA,
a nawet  Japonia i Australia. To bardzo miłe i powiem szczerze, że nie spodziewałem się , że Polonia zainteresuje się moimi kłopotami. Myślę, że mój blog może być sygnałem dla całej Polonii na całym świecie, że do Polski nie ma po co wracać. Tu nie ma żadnej przyszłości.
Dziękuję również ludziom, którzy czytali mój blog i doszli do wniosku, że moje wpisy nie są im na rękę. Tym, którzy swym wyrachowaniem sprawili, że odłączono mi z mojego bloga reklamy, dzięki którym mogłem parę groszy zarobić. Nie zniechęci mnie to, ani nie wystraszy.  Nadal będę pisał co mnie spotkało, jak również będę opisywał znane mi przypadki znęcania się przez urzędników państwowych na szarych obywatelach.
Dziękuję wszystkim tym, których nie wymieniłem, a którzy wykazali swe zainteresowanie moim blogiem i czytają go lub czytać będą. Obiecuję, że postaram się nie zawieść ich oczekiwań.
I to już od następnego wpisu.

wtorek, 15 lutego 2011

Refleksja


Po ogłoszeniu tak „ sprawiedliwego wyroku” zdałem sobie sprawę, ze muszę liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Postanowiłem odciąć się od naszego państwa. Państwa, które chroni  morderców, złodziei, gwałcicieli, ogólnie mówiąc wszystkich przestępców ze szczególnym uwzględnieniem urzędników państwowych. Dotarło do mnie, że państwo rękami swych pracowników ( urzędników mających jakikolwiek wpływ na decyzje ) jest w stanie ( i robi to ) „załatwić” każdego obywatela tego państwa, który odważy się wyciągnąć rękę po pomoc. Obywatel jest tylko ( tak jak już pisałem we wcześniejszych postach ) do płacenia podatków i do oddawania głosów w czasie wyborów. Czyli reasumując jest potrzebny do utrzymywania bandy zdegenerowanych bandytów zwanych urzędnikami państwowymi. Przy czym konstrukcja tego systemu jest tak sprytnie wymyślona, że obywatel  wyrażając swe niezadowolenie wchodzi w konflikt z urzędnikiem niższego szczebla,
a ”śmietanka urzędnicza” wraz z tymi, którzy tworzą prawo ma się bardzo dobrze. Jedyne o co dbają elity, to właśnie o urzędników niższego szczebla, im nic nie może się złego przydarzyć. Oni nadal mają bronić interesu państwa,
a nie obywatela. I najgorsze w tym  wszystkim jest to, że tacy urzędnicy jak lekarze, czy policjanci (i jedni i drudzy przysięgają ) w sytuacji gdy ich potrzebujemy stają po stronie silniejszego, czyli państwa z obawy o swoją przyszłość.  
Aby nie być gołosłownym, w następnych wpisach postaram się wykazać jak pracują urzędnicy państwowi, ze szczególnym naciskiem na ZUS ( ale również prokuratury ). Pokaże, że mój przypadek nie był odosobniony. Że tak jak ja zostało potraktowanych tysiące osób.

Natomiast co do mnie osobiście, to nadal nie udało mi się uzyskać  lekarskiego pozwolenia na pracę, Nie przeszedłem pozytywnie żadnego badania. Mało tego, otrzymałem z Urzędu Pracy oferty pracy dla osób niepełnosprawnych, i tam również lekarze zakładowi nie zezwolili mi na pracę
z przyczyn zdrowotnych. I kto w tym całym zdarzeniu ma rację? Lekarze zakładowi, szpitalni, lekarz domowy? ? ? Odpowiedź jest jedna i jedynie słuszna (jak jedynie słuszny do niedawna był ustrój ). NIE ! ! !  RACJĘ MA LEKARZ  ZUSOWSKI, KTÓRY NAWET MNIE NIE BADAŁ .Czyli rację ma państwo, na które tyle lat pracowałem, płaciłem podatki, państwo , które wyjęło mi z życiorysu dwa lata (zmarnowane lata ), kiedy to musiałem odbyć służbę wojskową i bronić to państwo.  I państwo zabierając mi jedyną szanse na życie jaką była renta nigdy mnie nie zapytało z czego będę żył.
Dlatego powtarzam, że nigdy nic już dla tego państwa nie zrobię. Każdego urzędnika państwowego będę traktował jak potencjalnego wroga, który może zagrozić mnie i mojej rodzinie. A gdy rodzina jest zagrożona nie przebiera się 
w środkach.

cdn.

Proszę o kontakt e-mailowy osoby, która podpisuje się w komentarzach Małgorzata T, 

czwartek, 10 lutego 2011

Gest Kozakiewicza, czyli polska sprawiedliwość


Po przepytaniu stron na okoliczność podtrzymania swoich stanowisk, sąd nakazał opuszczenie sali  w celu ustalenia wyroku. W tym momencie zadaję czytelnikom retoryczne pytanie : z kim sąd ustala werdykt, skoro cały ten „sąd” składa się z jednego sędziego, bez ławników, a jedynie ze stenotypistą, który nie może wyrokować?  Odpowiedź jest jasna – tak jak przypuszczałem
i pisałem o tym wcześniej wyrok w mojej sprawie zapadł już dawno (śmiem twierdzić , że zapadł na linii ZUS - Sąd za obopólnym porozumieniem).  Niestety miałem racje w swych „czarnych” przypuszczeniach, ale o tym później.
Gdy sędzia wezwał nas z powrotem na salę rozpraw, po około 5 minutach ( swoją drogą dziwne, że w ciągu tak krótkiego okresu zapadł wyrok i dodat-
kowo stenotypista zdołał go napisać i sprawdzić! ! ! ! – zaznaczam , w ciągu ok. 5 minut) wsłuchaliśmy się  w odczytywanie wyroku.  Zgodnie z moimi przewidywaniami  sąd  moje zarzuty odrzucił, co spowodowało ukazanie się nieukrywanego uśmiechu na ustach pani przedstawiciel  ZUS-u. Później nastąpiło odczytanie uzasadnienia. I tu się dowiaduję,  że co prawda  cyt. mam jakieś schorzenia, ale to nie upoważnia mnie do otrzymania renty zdrowotnej. . .  Te jakieś schorzenia , to efekt pracy kilkunastu lekarzy, którzy nie są na etacie ZUS-u i zadali sobie trud, aby mnie dokładnie przebadać. W wyniku przeprowadzonych badań stwierdzili moją niezdolność do pracy (czternastu niezależnych lekarzy u których się leczyłem ),a lekarz 
ZUS-owski  jednoosobowo stwierdza, że jest inaczej i sąd jemu daje wiarę! ! !   Pytam więc jaki jest sens leczenia w przychodniach, szpitalach
i ośrodkach zdrowia, skoro można udać się do uzdrowiciela – szamana 
w ZUS-ie i wyjść od niego zupełnie zdrowym?
Na mój ponowny zarzut, iż powołany biegły był na etacie ZUS-u, oraz to że był stroną w sprawie sąd odpowiada, że nie ma innych biegłych do dyspozycji.
I tu się rodzi pytanie : w jakim kraju my żyjemy? Takiego postępowania nie powstydziłby się nawet system gestapowsko-stalinowski. A my podobno żyjemy w praworządnym kraju. Tylko co w takim razie znaczy słowo PRAWORZĄDNOŚĆ? Gdy nie ustępowałem w swym postanowieniu sędzia poinformował mnie, że albo się uspokoję ( chociaż wcale się nie unosiłem, choć na pewno byłem mocno wzburzony ), albo nałoży na mnie karę dyscyplinarną. Tu stało się jasne, że mam tylko słuchać, co w imieniu tego mojego chorego państwa sąd ma mi do powiedzenia.
Gdy zostałem dopuszczony do głosu poprosiłem, aby sąd nakazał temu lekarzowi, który uznał iż jestem zdrów, aby ten wydał mi oświadczenie
o zdolności do pracy ( myślałem, że skoro jestem zdrów, to nie będzie z tym problemu). Okazało się wówczas, ze po pierwsze sąd nie może nakazać lekarzowi  aby ten napisał takie oświadczenie, a po drugie cyt. Lekarz orzecznik nie stwierdza, że jest pan zdrowy, stwierdza jedynie że nie jest pan niezdolny do pracy. Od tego momentu nic już nie mówiłem, o nic nie prosiłem, gdyż uznałem, że albo już jestem chory psychicznie i tego nie potrafię zrozumieć, albo państwo za pomocą swych organów robi ze mnie idiotę.
Po zakończeniu tej farsy chciałem udać się do domu. Po wyjściu z budynku sądu spotkałem jednak znajomego, człowieka związanego z prawem (nazwiska nie podam, aby nie wpędzić go niepotrzebnie w kłopoty), który zaprosił mnie do siebie do kancelarii. Chwilę porozmawialiśmy i co się okazało ?
Z  wiedzy jaką posiadał wynikało, iż zarówno ZUS, jak i sądy pracy otrzymały niepisane zobowiązania aby nie tylko nie przyznawać rent ( maksymalnie ograniczyć ich ilość), ale nawet odbierać ludziom już przyznane świadczenia. Jak  się okazało miał rację. Udałem się kilka razy do budynku ZUS-u, gdzie odbywają się komisje lekarskie i miałem okazje zobaczyć wiele ciekawych rzeczy ( opiszę je w następnych moich wpisach). Wówczas to zrozumiałem, że żyjemy w państwie bezprawia . Zrozumiałem, że państwo patrzy na obywatela
z pozycji siły. Teraz wiem też, że obywatel  jest potrzebny państwu do płacenia podatków, do tworzenia PKB , w czasie wyborów itp.  Natomiast, jeżeli państwo jest potrzebne obywatelowi, gdy zwykły zjadacz chleba potrzebuje pomocy państwa, jedyne co widzi to GEST KOZAKIEWICZA.
Teraz wiem już, że nigdy nic dla tego państwa nie zrobię. Nigdy palcem nie kiwnę, aby temu państwu pomóc. Czuję się oszukany. Wstyd mi  że żyję
w Polsce.  
 ŻAŁUJĘ, ŻE JESTEM POLAKIEM.

niedziela, 6 lutego 2011

Nawet w sądzie ZUS stoi ponad prawem.

Nie ukrywam, że na ogłoszenie wyroku udawałem się bez jakiejkolwiek nadziei na sukces. Po tym co przeszedłem od mojej pierwszej wizyty w szpitalu, gdzie okazało się, iż choroba nie pozwala mi na podjęcie pracy, poprzez wizyty w ZUS-ie i przej-
ścia z urzędnikami , aż po ostatnią wizytę w sądzie, gdzie ewidentnie zostałem oszukany, nie miałem złudzeń, że udaję się na ogłoszenie wyroku, który tak naprawdę dawno już zapadł.
W sądzie stawiłem się 15 minut przed czasem. Według wokandy miałem być pierwszy, więc nie mogło być mowy o żadnym poślizgu i dlatego też wolałem być nieco wcześniej i nie spóźnić się.
Chwilę później do sali rozpraw, gdzie miała być rozpatrywana moja sprawa weszła kobieta. Początkowo myślałem, że to może sędzia lub stenotypistka. Lecz gdy spojrzałem na wokandę umieszczoną na drzwiach przeczytałem, iż sędzią jest mężczyzna. Jako byłego ławnika zastanowiło mnie dlaczego nie ma wyznaczonych ławników do sprawy. Gdy tak przyglądałem się wokandzie drzwi się uchyliły  i wy-
szedł z sali rozpraw młody człowiek, jak się później okazało stenotypista. Przez uchylone drzwi ujrzałem wówczas, jak kobieta, która niedawno weszła na salę rozpraw uzgadnia coś, pokazując jakieś dokumenty sędziemu (wnioskowałem iż to sędzia, gdyż był to człowiek ubrany w togę). Po dłuższej chwili wyszła z Sali i usiad-
ła na ławce przed salą rozpraw. Po upływie paru minut stenotypista, który wyszedł z sali wracał i w drzwiach wyczytał moje nazwisko wzywając mnie na salę rozpraw. Pani, która przedtem była w sali, a obecnie siedziała przed salą również weszła do sali rozpraw razem ze mną.
Sędzia sprawdzając obecność stron wyczytuje moje nazwisko, a następnie nazwisko kobiety, która była dla mnie niewiadomą. I tu kolejna atrakcja sądowa. Kobieta, która weszła sobie do Sali rozpraw bez wezwania, która ucinała sobie pogawędki z sędzią jeszcze przed rozprawą to przedstawiciel 
ZUS-u. Gdy sędzia zapytał, czy podtrzymuje swoje stanowisko względem ZUS-u
i gdy to potwierdziłem, zwrócił się do przedstawicielki ZUS-u. Ale nie było to normalne zadanie pytania, lecz zwrócenie się w sposób, w jaki zwracają się do siebie starzy znajomi i to
z uśmiechem na twarzy. Jednocześnie był to ton, w kpiący sposób wyrażający moje roszczenia. Wiem coś na ten temat, gdyż jak zaznaczyłem już wcześniej byłem ławnikiem sądowym i wiem jak i kiedy należy się zachować.
W tym momencie Pani z ZUS-u z równie szczerym uśmiechem w kierunku sędziego odpowiedziała, że wnioskuje za odrzuceniem roszczenia. Wówczas byłem już pewien, ze całe to moje roszczenie, odwołania i wszystkie starania były z góry skazane na niepowodzenie, gdyż jak pokazało życie ZUS nawet w sądzie stoi ponad prawem.



W następnym wpisie opiszę ogłoszenie wyroku oraz jego uzasadnienie. Obiecuję, że będzie ciekawie.



cdn.




wtorek, 1 lutego 2011

Sąd sądem, a sprawiedliwość i tak będzie po stronie ZUS-u

ciąg dalszy wpisu z dnia 26.01.2011

Gdy dojrzała we mnie świadomość, iż jedyne wyjście jakie mi pozostało to oddać sprawę do sądu, postanowiłem działać. Przygotowałem odpowiednie pismo podparte dokumentami jakie udało mi się od tej pory uzyskać i udałem się do sądu aby osobiście złożyć dokumenty w sekretariacie budynku sprawiedliwości. Na odpowiedź nie czekałem długo. Po około dwóch tygodniach dostaję zawiadomienie, iż do zbadania stanu mego zdrowia został wyznaczony biegły sądowy. Na badanie miałem się stawić  - uwaga  - w budynku sądu . Już sam fakt, że badanie miało być przeprowadzone w sądzie wzbudził we mnie pewne obawy.  Ale wtedy, nieświadom jeszcze niczego,  naiwnie wierząc w sprawiedliwość uznałem, że może tak właśnie ma być. Nic bardziej mylnego.
W wyznaczonym terminie i o wyznaczonej godzinie stawiłem się w budynku sądu celem przeprowadzenia badań. O wyznaczonej godzinie zostałem wezwany do pokoju i zaczęło się badanie. Najpierw pani doktor, jako biegły sądowy wyznaczony do przeprowadzenia badania przedstawiła się z imienia i nazwiska, oraz podała swoją specjalność medyczną. Następnie zapytała się mnie, czy zgadzam się na przeprowadzenia badania. Gdy potwierdziłem ( chociaż nie wiem dlaczego pytała, gdyż sam o to prosiłem), poleciła rozebrać się i stanąć na wadze. Po ważeniu pani doktor nakazała położyć się na kozetkę ( lub raczej coś, co miało ją imitować, gdyż jak zaznaczam badanie odbywa się w budynku sądu) i  kilka razy ugięła mi to prawą nogę w kolanie, to znów lewą. Powtórzyła to jeszcze trzy razy i nakazała wstać i zmierzyć ciśnienie. Po zbadaniu ciśnienia nakazała się ubierać i podzięko-
wała, mówiąc, że to koniec badania. Żadnych innych badań. Żadnego skierownia na jakiekolwiek specjalistyczne badania, które mogłyby wnieść coś nowego do sprawy. Kompletnie nic.Nie muszę chyba nikogo z czytelników przekonywać jak bardzo byłem zdziwiony takim obrotem sprawy. Cała moja historia kłopotów zdrowotnych sięga pięciu lat z okładem, a pani doktor, biegły sądowy zbadała  mnie w niecałe dziesięć minut i już wie jaką diagnozę postawić. Byłem zdziwiony, owszem, ale wówczas jeszcze nie wiedziałem, ze lekarz, który był wyznaczony jako biegły, to lekarz ZUS–owski (na usługach ZUS-u).Gdy się o tym dowiedziałem, ręce mi opadły. Sąd wyznaczył do rozstrzygnięcia sporu między mną a ZUS-em  lekarza  będącego stroną w sprawie  ! ! !  
Wówczas zacząłem zdawać sobie sprawę, że mój los został już dawno przesądzony.  Śmiem twierdzić,  że od początku ta sprawa, to istna farsa. Od początku sąd założył, że mój wniosek należy odrzucić. A biegłego powołał, aby zachować procedurę.  Natomiast  powołanie akurat tego biegłego (chodzi mi  tutaj o jego status) było  wyrachowanym posunięciem.

W następnym wpisie opiszę wyrok jaki zapadł w mojej sprawie.

cdn.


piątek, 28 stycznia 2011

Gdzie dwie głowy, tam dwa różne zdania


cd.wpisu z dnia 26.01.2011

Dzisiaj postaram się opisać różnice w zapatrywaniu się na problemy pacjentów lekarza ZUS-owskiego,oraz lekarza nie będącego na usługach tej bytującej ponad prawem instytucji.

Po otrzymaniu decyzji Komisji Odwoławczej,  która to decyzja była dla mnie również niekorzystna,  o czym pisałem już we wcześniejszych wpisach postanowiłem złożyć skargę do sądu.  Celowo używam słowa skarga, gdyż chciałem zwrócić uwagę sądu na sposób traktowania ludzi w instytucji, na którą to wszyscy łożymy spore kwoty z naszych pensji, i chcielibyśmy być tam (w ZUS-ie)  godnie traktowani.Oczywiście kwestia  decyzji też była dla mnie bardzo ważna, ale naiwnie liczyłem, że w sądzie to wszystko uda się wyprostować na moją korzyść.
Odpowiednie papiery złożyłem w sekretariacie sądu i czekałem jak cała sprawa dalej się potoczy.
                 
                        W międzyczasie – od momentu zarejestrowania się w Powiatowym Urzędzie Pracy otrzymywałem z tegoż biura różne oferty pracy. Było mi o tyle łatwiej o takowe oferty, gdyż posiadam orzeczenie o stopniu niepełnosprawności. Pracodawcy często występują o takiego pracownika ze względu na ulgi jakie mogą w związku z zatrudnieniem osoby z grupą inwalidzką otrzymać. Osobną kwestią jest jak te środki pracodawcy wykorzystują i jak postępują z osobą niepełnosprawną, ale to jest temat na inny wpis- w przyszłości. Dzisiaj skupmy się na tym, że oferty  pracy otrzymywałem.
                         Podstawowym obowiązkiem moim po otrzymaniu oferty pracy było udać się do wskazanego pracodawcy. Nie ukrywam, że jechałem do potencjalnego pracodawcy z wielką nadzieją. Nadzieją na otrzymanie pracy, którą mógłbym wykonywać  bez względu na mój stan zdrowia.
Po krótkiej rozmowie z pracodawcą mającej na celu ustalić podstawowe zasady pracy zostaje skierowany do lekarza zakładowego,  który ma zbadać mój stan zdrowia i dopuścić mnie do pracy lub nie dopuścić. Niestety w moim przypadku zawsze następowało stwierdzenie  cyt.  „…niestety, z pana zdrowiem, z pana problemami zdrowotnymi nie mogę pana do tej pracy dopuścić. Jako lekarz nie mogę wziąć za pana odpowiedzialności… „ Taką właśnie odpowiedź usłyszałem za każdym razem gdy udawałem się na badania wstępne. Każda oferta pracy kończyła się dla mnie w ten sam sposób i na tym samym etapie. Do tej pory otrzymałem pięć ofert i jak na razie nie udało mi się tego przeskoczyć.
                           W tym momencie pozwolę sobie powrócić do decyzji lekarzy orzeczników ZUS-owskich,  którzy stwierdzili, że jestem zdrowy, że renta z tytułu utraty zdrowia mi się nie należy, oraz że mogę pracować.  Pytam więc który z tych lekarzy ma rację ? Czym się różni wiedza medyczna lekarza pracującego w ZUS-ie od wiedzy lekarza zakładowego, szpitalnego, czy lekarza pracującego w prywatnym gabinecie? Dlaczego według większości lekarzy nie mogę podjąć pracy ze względu na stan zdrowia, a według lekarzy których utrzymuje ZUS jestem zdrowy i mogę pracować ? Smaczku dodaje tu fakt, że nie otrzymałem od żadnego lekarza  ZUS-owskiego pisemnego oświadczenia ze jestem zdrowy i mogę pracować. Jedynie ustne decyzje i oświadczenia. Jedyne co ZUS  dał mi na papierze, to oświadczenie-decyzja, iż renta mi nie przysługuje. 
Chciałbym zaznaczyć , oraz być dobrze zrozumianych przez czytelników  -  moje starania nie szły w kierunku otrzymania renty,  dlatego, że  nie chciało mi się pracować ( zresztą wysokość renty nie pozwala na godne życie a jedynie na wegetacje), ale starałem się o nią tylko i wyłącznie dlatego, iż ze względu na stan zdrowia nie mogłem podjąć żadnej pracy. Nie miałem też żadnych innych środków do zycia.


W następnym wpisie opiszę sprawy związane z sądem. Zapraszam czytelników, gdyż opiszę ciekawe rzeczy.
cdn.