ReklamA

poniedziałek, 16 stycznia 2012

O Urzędzie Pracy słów kilka

                 Niedawno otrzymałem z Powiatowego Urzędu Pracy wezwanie do stawiennictwa w tymże urzędzie.  Adnotacja zawierała dopisek cyt: „w celu odebrania oferty pracy lub dalszego szkolenia osoby zarejestrowanej jako osoba bezrobotna”. Pomyślałem sobie jakiego dalszego szkolenia?, skoro gdy chciałem się szkolić (przekwalifikować) usłyszałem, że to obecnie niemożliwe .
                 W wyznaczonym terminie stawiłem się w PUP-ie (nomen omen).
Od urzędnika prowadzącego całą  „zabawę” usłyszałem, iż należy się podpisać na liście obecności i czekać, gdyż niebawem przybędzie pracodawca z ofertą pracy.  Jako poczekalnie, gdzie należało czekać na pracodawcę wyznaczono dość sporą salę. Gdy tak siedzieliśmy w oczekiwaniu na pracodawcę  zauważyłem, że sala ta jest, mimo swych rozmiarów zbyt mała w stosunku do zgromadzonych tam osób. Ciekawość spowodowała, iż ponownie zaglądnąłem do listy obecności i zobaczyłem coś, co wcześniej uszło mojej uwadze. Otóż na liście było 52 nazwiska osób, które dostały wezwanie na ten sam dzień i na tą samą godzinę. Wniosek jaki nasunął mi się na myśl był taki, iż być może ktoś otwiera jakąś działalność ( może coś w ro -
dzaju średniej wielkości firmy)  i potrzebuje sporo ludzi do pracy. Niebawem miało się okazać jak bardzo się myliłem.
Po kilkunastu minutach oczekiwania przybyły dwie bardzo młode i bardzo miłe panie. Przedstawiając się poinformowały nas, iż reprezentują krakowską firmę
(nazwijmy ją X, gdyż nazwa tej firmy nie ma w tym momencie znaczenia)
 i przyszły zaoferować pracę dla dwóch osób w wymiarze czasowym 5/8 etatu. Tak, tak, to nie żart. Pozwolę sobie dla pewności powtórzyć :   5/8  ETATU DLA DWÓCH OSÓB. Przy czym dodatkowo poinformowano wszystkich oczekujących, że zapotrzebowanie jest na jedną kobietę i jednego mężczyznę.  Praca miała być wykonywana na rzecz ZUS-u. Kobieta miała pracować jako sprzątaczka, natomiast mężczyzna miał być pracownikiem gospodarczym.
Nie muszę chyba nikogo przekonywać, iż selekcja odbyła się bardzo szybko. Osoby, które zamieszkiwały  poza miejscowością,  w której usytuowany był ZUS
odpadły automatycznie, gdyż dojazd pochłaniałby większą część wynagrodzenia (przypomnę , 5/8 etatu).  Następnie osoby z wyższym wykształceniem, gdyż odmówiły przyjęcia tej oferty, następnie osoby ze średnim wykształceniem, które również odmówiły przyjęcia „tak zacnej oferty”. Zostało  5 osób, z których wyłoniono dwoje „szczęśliwców”, którzy mogli podjąć pracę na rzecz ZUS-u.

W drodze powrotnej do domu zastanawiałem się nad tym, co dzisiaj zobaczyłem
i co przeżyłem.  Nasunęło mi się kilka stwierdzeń:

1)  ZUS udowadnia na każdym kroku, iż jest organizacją przestępczą i nie 
     szanującą ludzi – podatników. Zamiast zatrudnić ludzi na etacie, zleca
     zatrudnienie innej firmie, oddalonej o ponad 100 km (to nie żart)
     od siedziby ZUS-u, a ta firma zatrudnia na warunkach śmieciowych za to
     sama nieźle na tym zarabia. Pytanie brzmi : czy ZUS nie może od razu, bez
     pośredników  zatrudniać i wypłacać wynagrodzeń ? Kto ma interes w tym
     aby pośrednik zarabiał więcej niż pracownik wykonujący pracę?   

2) Dlaczego urzędnik PUP-u wezwał 52 osoby, skoro były tylko 2 wakaty
     i wiadomo było, że zdecydowana większość z wezwanych ludzi wróci
    o niczym? Ci ludzie przecież nie pracują, a dojazd do PUP-u, to jest jednak
    jakiś koszt.
    Bardzo szybko jednak uświadomiłem sobie, że byłem mimowolnym
    słuchaczem rozmowy urzędników, która to rozmowa stanowi odpowiedź na
    moje pytanie. Otóż gdy podbijałem pieczęć w książeczce  bezrobotnego
    usłyszałem następującą wymianę zdań :
    - „ . . . co, już po wszystkim ?
    - Jasne. I widzisz, że można w godzinę załatwić 50 osób?”
    Teraz jest już jasne, dlaczego urzędnik wezwał tyle osób. Po prostu wykonał
    narzucony mu limit przekazania ofert pracy. On – urzędnik zaoferował
    pracę 52 osobom, a że przyjęły tylko dwie, to już zupełnie inna historia.

3) Czy w tym państwie nikt nie kontroluje pracy urzędników?  Ich sposobów
     i metod pracy. Jak długo urzędnicy będą naszym kosztem (bezrobotnych)
     poprawiać statystyki swojej pracy?

Kilkanaście razy próbowałem skontaktować się z dyrektorem PUP-u.
Nie skutkowało dzwonienie (nigdy nie odbierał telefonu), nie skutkowało osobiste  stawiennictwo w PUP-ie, gdyż nigdy nie trafiłem na dzień, w którym to pan  dyrektor byłby łaskaw stawić się w pracy. Niesamowite, ale nigdy go nie było  gdy  przyjeżdżałem do PUP-u. Przypadek? Pani sekretarka z uśmiechem na ustach zawsze oznajmiała mi , iż pan dyrektor jest w terenie. Natomiast na pytanie kiedy będzie w gabinecie, kiedy będzie przyjmował petentów zawsze  informowała mnie iż nie wie.  

Konkluzja jest taka, że niestety dla nas obywateli tego państwa nie tylko ZUS
i jego urzędnicy mają wszystkich w głębokim poważaniu, lecz inne instytucje państwowe wraz ze swym personelem również. Na pewno kiedyś to się skończy
i to państwo stanie się normalne. Lecz niestety jak na razie takich perspektyw nie widać.
Niestety.  


poniedziałek, 3 października 2011

CUD NASTĘPNY - czyli konował człowiekowi wilkiem

                     Dzisiaj opiszę historię pana Grzegorza, który został , tak jak tysiące osób uzdrowiony w cudowny sposób przez "lekarza" będącego na usługach wszechmogącego ZUS-u.

Jakiś czas temu pan Grzegorz w czasie pracy złamał nogę. Dokładnie mówiąc połamane zostały kości stopy.
Ot, niby nic, wypadek jakich mnóstwo. Przypuszczalnie kontuzja taka nie pozwala pracować 5-6 tygodni, a później można wracać do pracy i żyć jakby nigdy nic. TEORETYCZNIE.
Przypadek pana Grzegorza pokazuje, że można się bardzo pomylić planując swą przyszłość, zwłaszcza, gdy nasza przyszłość zależy od konowałów mieniących się lakarzami, ze szczególnym uwzglęnieniem tych, którzy służa ZUS-owi, i w jego imieniu i jego interesie wydają opinie.
Pan Grzegorz po wypadku trafił do szpitala (na prośbę zainteresowanego nie podaję miejscowości, oraz nazwy szpitala). Tam w bardzo szybkim tempie przeszedł operacje, której celem było "poukładanie" kości na "swoje miejsce", tak, aby po procesie zrastania mógł przejść rehabilitację i wrócić do normalność, tzn. tak, aby mógł chodzić i powrócić do pracy.
Po zabiegu pana Grzegorza męczyły bóle nogi (stopy), ale lekarze twierdzili, że to normalny objaw. Wmawiali mu, że musi się uzbroić w cierpliwość, a bóle same miną i będzie dobrze. Doraźnie podawali mu środki przeciwbólowe, aby lżej znosił proces gojenia . W tym miejscu pozwolę sobie zadać pytanie : Czy proces gojenia musi być bolesny dla pacjenta? Czy w XXI w medycyna nie zna sposobów na bezbolesny powrót do zdrowia?
Bóle nie ustępowały bez względu na czas jaki minął od operacji, lekarze jadnak nadal twierdzili, że to kwestia czasu. Nawet w dniu, kiedy uznali , że stopa jest już PRAWIDŁOWO ZROŚNIĘTA (celowo wyróżniam tę sekwencję, gdyż w dalszej perspektywie będzie ona bardzo ważna) i wypisują pana Grzegorza do domu twierdzili, że bóle ustąpią. Nic takiego jednak nie nastąpiło NIGDY, a minęło już od zabiegu naprawdę sporo czasu.
Po powrocie do domu pan Grzegorz miał poważne trudności z chodzeniem. Nie mógł , pomimo rehabilitacji chodzić bez pomocy kuli, nie mógł prawidłowo postawić stopy. Mało tego. W czasie rehabilitacji okazało się , że nie może stopą wykonywać najprostszych cwiczeń, jak np. skręty stopy  wokół własnej osi, ani też nie mógł wykonać cwiczeń, które zwą się chodzeniem na zewnętrznych lub wewnętrznych częściach stopy.Stopa stawała się coraz bardziej napuchnięta i coraz bardziej bolała. Wizyta u hirurga (wizyta prywatna) zaowocowała tym, że zrobiono prześwietlenie stopy i hirurg wydał opinie następującą : KOŚCI ZOSTAŁY POSKŁADANE NIEZGODNIE ZE SZTUKĄ HIRURGICZNĄ ! ! ! Aby pan Grzegorz mógł chodzić należy pomyśleć
o następnej  operacji, w kczasie której należy kości połamać i poskładać od nowa. 
Trudna decyzja, tym bardziej, że pracodawca zwolnił pana Grzegorza z powodu dłuższej absencji w pracy (pan Grzegorz przebywał na L-4). W związku jednak z tym, że zwolnienie chorobowe trwało kilka miesięcy pan Grzegorz wystąpił
o rentę do czasu powrotu do zdrowia. O dziwo ZUS rentę takową przynał
i skierował pana Grzegorza na zabieg hirurgiczny. I od tego momentu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Żaden lekarz nie chciał się podjąć wykonania zabiegu na panu Grzegorzu. Po zamianie szpitala i konsultacjach z innymi lekarzami również nie było chętnego do wykonania zabiegu. I taka sytuacja trwała półtora roku w czasie którego to czasu pan Grzegorz odwiedził kilka szpitali
i kilkudziesięciu hirurgów i nikt mu nie pomógł ! ! ! ! 
Każdy zasłaniał się wysokim ryzykiem powikłań i namawiał pana Grzegorza do odstąpienia od zabiegu. Nikt nie mógł zrozumieć, że odczuwa on ogromny bół, a przede wszystkim nie może chodzić.  
W końcu nadszedł czas, kiedy to upływał  okres, na jaki to ZUS przyznał rente panu Grzegorzowi. W związku z tym należało znowu stanąć przed komisją ZUS-owską. I TU STAŁ SIĘ CUD, JAKI MOŻE STAĆ SIĘ TYLKO W ZUS-ie. Komisja uznała, że pan Grzegorz jest już zdrów i może wracać do pracy. Komisja nie stwierdziła żadnej kontuzji u pana Grzegorza. Pomimo, iż w czasie pierwszego stawienia się przed komisją, która uznała kontuzję i nakazała zabieg jako jedyną formę powrotu do pełni formy, a żadnego zabiegu na stopie pana Grzegorza nie wykonano. Nie pomogła dokumentacja zebrana w czsie pótorarocznego starania się o ten zabieg. Orzecznik ZUS-owski uznał pana Grzegorza za zdrowego. Nie pomogło również odwołanie. Tam lekarz także nie dopatrzył się żadnej kontuzji.
Obecnie sprawa trafiła do sądu. O zakończeniu na pewno poinformuję, gdyż pan Grzegorz obiecał napisać i poinformować mnie o wyroku sądu. Biorąc jednak pod uwagę swoje doświadczenia z ZUS-em i sądem śmiem w ciemno twierdzić, że uznają pana Grzegorza zdrowym. Obym się mylił, gdyż z listu jaki pan Grzegorz do mnie napisł wnioskuję, że bardzo cierpi. Raz z powodu nieustępującego bólu, a po wtóre z powodu niesprawiedliwosci jaka jest możliwa tylko w dzikich krajach. No i oczywiście tam, gdzie rządzi ZUS.  

środa, 27 lipca 2011

"Operacja" się udała - jutro pogrzeb

Dzisiaj pozwolę sobie opowiedziec historię mężczyzny, którego ZUS uleczył
w cudowny sposób. Na tyle było to "skuteczne" wyleczenie z dolegliwości, że ów człowiek zmarł.

                                               Historia kontaktów pana Jana z ZUS-em sięga przeszło dwudziestu lat wstecz. Wtedy to na  skutek  wypadku,  jakiemu  uległ 
w pracy stracił wzrok w jednym oku, lekarze musieli amputowac łącznie cztery palce u rąk, nieodwracalnie uszkodził kręgosłup, oraz co było najgorsze musiał miec przetaczaną krew. Niedługo potem okazało się, że musi byc poddany leczeniu hormonalnemu. Z początku wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Był na tyle sprawny, ze spotykaliśmy się kilkakrotnie na wspólnych wypadach wędkarskich, gdyż obydwaj byliśmy miłośnikami wędkarstwa. Lecz owa sielanka nie trwała długo. Niedługo hormony zaczęły dawac znac o sobie. Oprócz innych zaburzeń pan Jan zaczął coraz bardziej tyc. Oprócz  codziennych zmagań z inwalidztwem pan Jan musiał walczyc dodatkowo z bólem stawów (dodatkowe obciązenia związane z przyborem wagi), cukrzycą , któej nabawił się w tak zwanym międzyczasie, oraz postępującym słabnięciem wzroku w jedynym zdrowym oku. I wówczas stała się rzecz niebywała. Otóż po prawie dwudzuestu latach od czasu wypadu, kiedy to ZUS przyznał panu Janowi rente z tytułu niezdolności do pracy, pan Jan został ponownie wezwany przed oblicze jedynie słusznej i nieomylnej władzy jaką jest ZUS. I wówczas stał się cud.
"Lekarz" orzecznik uznał, że pan Jan jest już zdrów, oraz że może wrócic na rynek pracy. W związku z tym renta jaką pan Jan posiadał została mu zatrzymana. Renta była jedynym środkiem utrzymania pana Jana, więc został pozbawiony środków do życia.
Decyzja o wstrzymaniu renty musiała bardzo zabolec pana Jana. Po powrocie do domu usiadł na ławeczce w sadzie i poprosił żonę, aby ta zaparzyła mu kawy. Żona udała się po kawę dla męża, lecz gdy wróciła nie miała już komu podac tej kawy. Pan Jan leżał obok ławki. Lekarz pogotowia wezwanego na ratunek stwierdził zgon. Tak oto  zakończyła historia człowieka cudownie uleczonego przez polskiego lekarza na usługach ZUS-u. Pacjent zmarł w tym samym dniu, w którym został uleczony.

Dzisiaj mija rocznica śmierci pana Jana. Człowieka, który padł ofiarą zbrodniczego systemu państwa, oraz chciwości i niekompetencji ludzi 
w białych kitlach.

środa, 27 kwietnia 2011

PCPR - sprzęt rehabilitacyjny

Równolegle z prośbą o dofinansowanie własnej działalności gospodarczej złożyłem wniosek o dofinansowanie sprzętu rehabilitacyjnego. Sugestię, aby taki wniosek złożyć otrzymałem od lekarza prowadzącego, który stwierdził, iż systematyczne korzystanie z takiego sprzętu na pewno poprawi mój stan zdrowia, a co za tym idzie sprawa dopuszczenia mnie do pracy zdecydowanie się przyspieszy. Nie namyślając się wiele stosowny wniosek złożyłem. Oczywiście nie obyło się bez bzdurnej biurokracji. Należało wypełnić odpowiednie druki, z których nic nowego nie wynikało. Wszystko to, co należało wypełnić było już wiadome urzędnikom, gdyż wcześniej wszystko to już musiałem napisać w innych dokumentach. Ale biurokracja jest rzeczą nadrzędną i trzeba się z nią liczyć.Jedyną nowością było to, iż musiałem udać się do firmy, gdzie teoretycznie mam nabyć sprzęt i poprosić o fakturę (pro forma), w celu przedstawienia jej w PCPR.  Po co faktura jest potrzebna przed zakupem, przed przydziałem jakiegokolwiek dofinansowania? Na to pytanie również nikt nie potrafił mi udzielić jasnej i prostej odpowiedzi. Usłyszałem tylko standartowe "takie są przepisy". Usłyszałem natomiast zapewnienia, że PCPR bardzo stara się pomagać osobom niepełnosprawnym w różnych aspektach życia, więc mogę być spokojny, i że jak tylko środki zostaną przydzielone, to na pewno dofinansowanie na zakup sprzętu rehabilitacyjnego otrzymam.
Po niespełna czterech miesiącach przyszła pisemna odpowiedź na mój wniosek, którą to odpowiedź przedstawiam na skanie :








Powiem szczerze, że decyzją jaką otrzymałem nawet nie jestem zdziwiony, ani też zaskoczony. Stosunek naszego państwa do swych obywateli, a szczegól -
nie do obywateli niepełnosprawnych jest wybitnie negatywny .
Trudno zatem było liczyć, że nagle nasze państwo. które tyle rzeczy już zdołało odebrać Polakom nagle dla mnie zrobi wyjątek i coś mi ofiaruje. Pytam tylko do czego jest potrzebna taka rzesza urzędników, którzy tak naprawdę nic nie robią, poza pisaniem odmownych decyzji? Czy nie mogłaby tego robić jedna osoba? A oszczędności wynikające z redukcji etatów można by przeznaczyć np. na rehabilitację niepełnosprawnych.


                                                      OŚWIADCZENIE


Oświadczam, iż celowo zamazałem niektóre dane (numer sprawy, datę wysłania, mój adres, oraz nazwisko inspektora PCPR-u), aby sprawa nie była identyfikowana z konkretną osobą, lecz z instytucją i systemem.


piątek, 15 kwietnia 2011

Dofinansowanie z PFRON


Po  odrzuceniu mojego pomysłu na działalność gospodarczą pozwoliłem sobie przedstawić pani urzędniczce plan awaryjny, czyli pomysł na  działalność o in -
nym profilu niż ostatnio przedstawiony. Zauważyłem, że panie siedzące
w pokoju, w którym byłem obsługiwany (były tam trzy urzędniczki) szybko wymieniły spojrzenia między sobą i po chwili którą wypełniała błoga cisza nastąpił odzew ze strony urzędnika państwowego  cyt :  „ … myślę, że ten pomysł nie ma szans na zaakceptowanie.  Taki sam profil działalności założyło w zeszłym roku kilka osób i tylko jednej się powiodło. Pomysł może zostać uznany za nietrafny. . .  Wówczas przedstawiłem swoją wizję działalności. Starałem się  jasno przedstawić jakie kroki i dlaczego właśnie takie zamierzam podjąć. Starałem się wykazać, że na podstawie badań rynku wynika, że jest zapotrzebowanie na tego typu działalność, zwłaszcza w naszym rejonie. Potrzeba tylko uporu i samozaparcia aby wejść na rynek. Poza tym odpowiednia reklama  zdecydowanie mogłaby pomóc w działalności.  Ale,
o zgrozo, im więcej argumentów przedstawiałem, tym większa była dezaprobata dla mojego pomysłu.
Postanowiłem więc przejść do następnego punktu i zacząłem rozmowy o je -
szcze innym profilu działalności.  Jednak nastawienie urzędniczek było dokładnie takie samo jak przy poprzednich moich pomysłach.  Gdy już wyczerpały mi się pomysły jakie miałem przygotowane na ten dzień, zapytałem, co w takim razie mógłbym robić, aby liczyć na pomoc w dofinanso-
waniu działalności. Panie urzędniczki  jakby na takie pytanie czekały. Od razu zaczęły jedna przez drugą uświadamiać mnie, że najlepszym wyjściem byłoby, abym otworzył sklep stacjonarny, a już najlepiej spożywczy. Wówczas otrzymałbym dofinansowanie, a i PFRON byłby spokojny o pieniądze jakie na mnie wyłoży.
Powiem szczerze, że mało mnie szlag nie trafił gdy usłyszałem o sklepie i to jeszcze spożywczym. Człowiek stara się analizować rynek, rozmyśla jak można wejść na rynek z czymś sensownym  aby zaistnieć, a panie urzędniczki oferują mi sklep spożywczy. Pytam się gdzie miałbym ten sklep umiejscowić, bo chyba nie ma już miejsca na którym nie stałby już jakiś większy lub mniejszy sklep spożywczy? Poza tym po żółtaczce jaką przechodziłem nie mogę mieć styczności z żywnością w skali masowej. Sanepid nie dopuści mnie do takiej pracy. Wówczas panie urzędniczki z uśmiechem na twarzy stwierdziły, że takie są przepisy i nic na to nie poradzą.
Tylko o jakie przepisy chodzi? Tego nikt nie potrafił mi wyjaśnić.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

PCPR - ciąg dalszy

Gdy ponownie pojawiłem się w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie od razu udałem się do pokoju wskazanego mi w czasie ostatniej mojej wizyty. Pani urzędniczka rozpytała mnie na okoliczność przyniesionych przeze mnie dokumentów i wówczas zaczęły się schody.
Gdy zapytała mnie jaki rodzaj działalności mam zamiar otworzyć  ufnie odpowiedziałem, że działalność moja to  X (celowo nie piszę tu rodzaju działalności, gdyż mam nadzieję, że mój pomysł da się jeszcze wdrożyć 
w życie i nie chcę aby mnie ktoś ubiegł). Na to pani urzędniczka zaraz miała gotową odpowiedź, że aby taką działalność otworzyć muszę mieć pewne kwalifikacje, których obecnie nie posiadam. Oczywiście byłem na to przygotowany, gdyż wcześniej zapoznałem się z warunkami jakie trzeba spełniać przy otwieraniu tego typu działalności. Odpowiedziałem pani urzędniczce, że owszem, nie mam jeszcze tych kwalifikacji,  ale jestem trakcie zapisu na kurs, który umożliwi mi uzyskanie odpowiedniego dokumentu, natomiast na dzień dzisiejszy znalazłem osobę, która ma uprawnienia i z tą osobą otworzę działalność. Na to pani  PCPR oznajmiła, że jest to niemożliwe. Powiedziała, że nie wierzy, aby ktoś kto ma takie uprawnienia nie otworzył sobie sam działalności, tylko czekał na mnie. Uznała, że osoba ta chce mnie oszukać i że PCPR nie da mi środków na działalność.  Powtarzam : PANI  URZĘDNIK UZNAŁA, ŻE  OSOBA  Z  KTÓRĄ  CHCĘ  WSPÓŁPRACOWAĆ  CHCE  MNIE  OSZUKAĆ ! ! ! ! !  Pytam się na jakiej podstawie wysnuła taki osąd ? Jak mogła w ten sposób zawyrokować nie znając mnie, nie znając osoby z którą chcę współpracować, nawet nie widząc tej osoby na oczy ? Na nic zdały się moje tłumaczenia i prośby. Temat został szybko zamknięty, gdyż pani urzędnik uznała, że nic więcej nie da się z tym zrobić.
Byłem oczywiście przygotowany na taką okoliczność (wizyty w urzędach nauczyły mnie, że wszystko może się zdarzyć  i że na wszystko muszę być przygotowany). Miałem przygotowany plan awaryjny
B i C, a nawet D . Ale co z tego wynikło napiszę w następnym wpisie.

niedziela, 27 marca 2011

Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie

Dzisiaj napiszę coś, co dotyczy mnie osobiście, coś czego sam doświadczyłem, a innym razem opiszę sprawę , którą otrzymałem e-mailem od czytelnika.

Otóż kilka miesięcy temu miałem przyjemność stawać przed komisją orzekają-
cą o stopniu niepełnosprawności  PCPR (Powiatowe Centrum Pomocy Rodzi-
nie). Muszę uczciwie powiedzieć,  że nie jest to tak upokarzające jak komisja, w której orzekają szamani z ZUS-u.  Tu przynajmniej człowiek ma prawo po-
wiedzieć z czym przychodzi, jaki ma problem, co go boli. Jest traktowany jak człowiek,  a nie jak bandyta, jak potrafią potraktować nas konowały zusow-
skie.
Ale nie o lekarzach dziś będzie, chociaż muszę powiedzieć, że nie podzielili oni opinii kolegów będących na usługach ZUS-u, nie przyjęli do wiadomości iż jestem zdrowy (co wyraźnie ZUS sugerował) i przyznali mi II grupę inwalidzką (stopień umiarkowany) na kolejne cztery lata. Jednak jak mówię dzisiaj nie
o tym.
Przy okazji wizyty w PCPR miałem okazję spotkać się (obligatoryjnie wszyscy muszą to zrobić) z doradcą zawodowym. Bardzo miła pani poinformowała mnie, ze ponowne przyznanie mi grupy (czego nie chciałem) nie dyskwalifikuje mnie z rynku pracy. Że z grupą powinno mi być łatwiej znaleźć pracę. Wówczas opowiedziałem pani jak w praktyce wygląda znalezienie pracy przez osobę z grupą inwalidzką. Opowiedziałem nawet o jednej ze spółdzielni zatrudniającej inwalidów, która to spółdzielnia  korzysta ze środków finansowych z racji zatrudnienia niepełnosprawnych. Na każdego zatrudnionego niepełnosprawnego otrzymuje dofinansowanie ok. 800- 1000 PLN miesięcznie, natomiast  zatrudnia niepełnosprawnych w systemie akordowym, płacąc  900 PLN netto miesięcznie(przy średniej krajowej ok.3300 brutto). Stwierdziłem, że to jest jawny wyzysk osób chorych i nie chciałbym w takiej firmie pracować, gdzie pracodawca nie szanuje pracownika.
Wówczas pani doradca zawodowy poinformowała mnie, że sam mogę założyć własną działalność. Na mój argument, że długo już nie pracuje, cały czas choruję i nie mam środków, że finansowo nie stać mnie na otwieranie żadnego biznesu powiedziała, że jest możliwość dofinansowania działalności otwieranej przez osoby niepełnosprawne. Przedstawiła mi warunki jakie muszę spełniać aby owe dofinansowanie otrzymać. Okazało się, że wszystkie warunki spełniam i mogę się starać o dofinansowanie własnej działalności.  Wtedy pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem , że może jednak da się coś zrobić. Że może z pomocą urzędnika państwowego będę mógł odwrócić swą złą passę i zacząć żyć od nowa.
Jak bardzo się myliłem i co z tego wyszło opiszę w następnym wpisie.