ReklamA

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

PCPR - ciąg dalszy

Gdy ponownie pojawiłem się w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie od razu udałem się do pokoju wskazanego mi w czasie ostatniej mojej wizyty. Pani urzędniczka rozpytała mnie na okoliczność przyniesionych przeze mnie dokumentów i wówczas zaczęły się schody.
Gdy zapytała mnie jaki rodzaj działalności mam zamiar otworzyć  ufnie odpowiedziałem, że działalność moja to  X (celowo nie piszę tu rodzaju działalności, gdyż mam nadzieję, że mój pomysł da się jeszcze wdrożyć 
w życie i nie chcę aby mnie ktoś ubiegł). Na to pani urzędniczka zaraz miała gotową odpowiedź, że aby taką działalność otworzyć muszę mieć pewne kwalifikacje, których obecnie nie posiadam. Oczywiście byłem na to przygotowany, gdyż wcześniej zapoznałem się z warunkami jakie trzeba spełniać przy otwieraniu tego typu działalności. Odpowiedziałem pani urzędniczce, że owszem, nie mam jeszcze tych kwalifikacji,  ale jestem trakcie zapisu na kurs, który umożliwi mi uzyskanie odpowiedniego dokumentu, natomiast na dzień dzisiejszy znalazłem osobę, która ma uprawnienia i z tą osobą otworzę działalność. Na to pani  PCPR oznajmiła, że jest to niemożliwe. Powiedziała, że nie wierzy, aby ktoś kto ma takie uprawnienia nie otworzył sobie sam działalności, tylko czekał na mnie. Uznała, że osoba ta chce mnie oszukać i że PCPR nie da mi środków na działalność.  Powtarzam : PANI  URZĘDNIK UZNAŁA, ŻE  OSOBA  Z  KTÓRĄ  CHCĘ  WSPÓŁPRACOWAĆ  CHCE  MNIE  OSZUKAĆ ! ! ! ! !  Pytam się na jakiej podstawie wysnuła taki osąd ? Jak mogła w ten sposób zawyrokować nie znając mnie, nie znając osoby z którą chcę współpracować, nawet nie widząc tej osoby na oczy ? Na nic zdały się moje tłumaczenia i prośby. Temat został szybko zamknięty, gdyż pani urzędnik uznała, że nic więcej nie da się z tym zrobić.
Byłem oczywiście przygotowany na taką okoliczność (wizyty w urzędach nauczyły mnie, że wszystko może się zdarzyć  i że na wszystko muszę być przygotowany). Miałem przygotowany plan awaryjny
B i C, a nawet D . Ale co z tego wynikło napiszę w następnym wpisie.

niedziela, 27 marca 2011

Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie

Dzisiaj napiszę coś, co dotyczy mnie osobiście, coś czego sam doświadczyłem, a innym razem opiszę sprawę , którą otrzymałem e-mailem od czytelnika.

Otóż kilka miesięcy temu miałem przyjemność stawać przed komisją orzekają-
cą o stopniu niepełnosprawności  PCPR (Powiatowe Centrum Pomocy Rodzi-
nie). Muszę uczciwie powiedzieć,  że nie jest to tak upokarzające jak komisja, w której orzekają szamani z ZUS-u.  Tu przynajmniej człowiek ma prawo po-
wiedzieć z czym przychodzi, jaki ma problem, co go boli. Jest traktowany jak człowiek,  a nie jak bandyta, jak potrafią potraktować nas konowały zusow-
skie.
Ale nie o lekarzach dziś będzie, chociaż muszę powiedzieć, że nie podzielili oni opinii kolegów będących na usługach ZUS-u, nie przyjęli do wiadomości iż jestem zdrowy (co wyraźnie ZUS sugerował) i przyznali mi II grupę inwalidzką (stopień umiarkowany) na kolejne cztery lata. Jednak jak mówię dzisiaj nie
o tym.
Przy okazji wizyty w PCPR miałem okazję spotkać się (obligatoryjnie wszyscy muszą to zrobić) z doradcą zawodowym. Bardzo miła pani poinformowała mnie, ze ponowne przyznanie mi grupy (czego nie chciałem) nie dyskwalifikuje mnie z rynku pracy. Że z grupą powinno mi być łatwiej znaleźć pracę. Wówczas opowiedziałem pani jak w praktyce wygląda znalezienie pracy przez osobę z grupą inwalidzką. Opowiedziałem nawet o jednej ze spółdzielni zatrudniającej inwalidów, która to spółdzielnia  korzysta ze środków finansowych z racji zatrudnienia niepełnosprawnych. Na każdego zatrudnionego niepełnosprawnego otrzymuje dofinansowanie ok. 800- 1000 PLN miesięcznie, natomiast  zatrudnia niepełnosprawnych w systemie akordowym, płacąc  900 PLN netto miesięcznie(przy średniej krajowej ok.3300 brutto). Stwierdziłem, że to jest jawny wyzysk osób chorych i nie chciałbym w takiej firmie pracować, gdzie pracodawca nie szanuje pracownika.
Wówczas pani doradca zawodowy poinformowała mnie, że sam mogę założyć własną działalność. Na mój argument, że długo już nie pracuje, cały czas choruję i nie mam środków, że finansowo nie stać mnie na otwieranie żadnego biznesu powiedziała, że jest możliwość dofinansowania działalności otwieranej przez osoby niepełnosprawne. Przedstawiła mi warunki jakie muszę spełniać aby owe dofinansowanie otrzymać. Okazało się, że wszystkie warunki spełniam i mogę się starać o dofinansowanie własnej działalności.  Wtedy pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem , że może jednak da się coś zrobić. Że może z pomocą urzędnika państwowego będę mógł odwrócić swą złą passę i zacząć żyć od nowa.
Jak bardzo się myliłem i co z tego wyszło opiszę w następnym wpisie.

poniedziałek, 14 marca 2011

CHORY (inwalida) = niepotrzebny

Jak Szanowni czytelnicy tego bloga widzą, nie jestem jedyną osobą, która skarży się na postępowanie urzędników państwowych, w tym lekarzy ZUS-owskich. Przykład Pani Małgorzaty T. jest tego dobitnym przykładem. Jest to
o tyle bolesne, że lekarze ci (chociaż teraz już nie wiem, czy są godni nosić miano lekarza) przysięgają pomagać nam, traktować nasze zdrowie i życie jako dobro najważniejsze i w końcu biorą pieniądze z naszych podatków.
A jeżeli tak, to domagam się ukarania lekarzy, którzy wbrew temu co przysięgali, dbają tylko o swoje dobra, o pensje, domy, samochody. Którzy ludzi chorych traktują jak powietrze, dbając tylko o to, by odrzucić wniosek składany przez chorego i dzięki temu otrzymać premię z ZUS-u. Tylko kto ma ich ukarać? Sądy? Nie, gdyż sady i lekarze ZUS-owscy to jedna ręka, o czym przekonuje człowiek, który tego doświadczył i opisuje to w jednym
z komentarzy do mojego postu. Kto więc w tym państwie dba o podatnika,
o człowieka?
Jak już napisałem kiedyś, jesteśmy potrzebni tylko w okresie wyborczym. Po oddaniu głosu i wrzuceniu go do urny stajemy się niepotrzebni. Nasze problemy są niezauważane. I wiem co mówię. W czasie mojej walki z polską niesprawiedliwością spotkałem się z wieloma ludźmi. Ludźmi, którzy kiedyś deklarowali mi pomoc, jeśli tylko zajdzie taka konieczność. Ale wówczas był okres przedwyborczy, i bardzo łatwo było rzucać obietnice. Jak się okazało obietnice bez pokrycia. Teraz np. jedna z tych osób jest dyrektorem Powiatowego Urzędu Pracy , inna osoba jest burmistrzem miasta w którym mieszkam, lecz próżno szukać u nich pomocy. Okres wyborczy minął, a więc wszystkie obietnice idą do lamusa. Stanowiska spowodowały, że zapomnieli już o obietnicy pomocy. Chcieli pomóc, gdy takiej pomocy nie potrzebowałem, natomiast teraz, gdy potrzebuję odwracają się plecami. 
I to jest problem nie tylko mój. Z  korespondencji e-mail, jaką prowadzą ze mną osoby potraktowane w ten (lub podobny) sposób jak ja, wynika, że jest to problem większości, o ile nie wszystkich. Wszyscy mieli obietnice pomocy, postanowienia itp. Natomiast gdy przyszło do realizacji obietnic, sprawy zaczęły się nagle komplikować. Ale wiem (jak również inni, którzy otrzymali obietnice), że już więcej ci ludzie głosu mojego nie dostaną. Powiem więcej : będę głośno opowiadał o tym, jacy są wiarygodni, aby inni nie ulegli kiedyś podobnym obietnicom.
Ale wiem, ze są też ludzie, którzy pomagają chorym, inwalidom i to bez rozgłosu. Opowiem o nich innym razem.
Teraz powrócę jeszcze do lekarza orzecznika z Nowego Sącza, który nawymyślał jednemu z chorych w czasie tzw. komisji lekarskiej. Oto link do tego zdarzenia :    http://www.youtube.com/watch?v=ZAUQ3bc-uF8
Sami państwo możecie ocenić pracę ludzi, którzy nas leczą. Oto jak nas traktują, jak nas postrzegają . Mało tego, jeszcze nas straszą ! ! ! I za taką pracę chcą pobierać pensje wielkości 2-3 średnich krajowych. Sami oceńmy ich pracę, mając na uwadze fakt, że każdy z nas moze wcześniej, czy później być pacjentem takiego konowała na usłudze ZUS-u.
Z relacji wynika, ze lekarz ten miał ponieść konsekwencje. Miał być usunięty. A jak się sprawa zakończyła zobaczcie państwo sami. :
 http://www.youtube.com/watch?v=XtsmKk2dHI4&feature=related

środa, 9 marca 2011

Sprawa Pani Małgorzty T. - zakończenie


Jakim to wszystko jest bezprawiem, to jeszcze świadczy fakt, że ustawodawca umożliwia osobie z całkowitą niezdolnością do pracy podjęcie zatrudnienia (rzekomo bez zagrożenia utraty świadczenia)i uzyskanie dochodów 
w wysokości ponad 2000 złotych brutto miesięcznie. Pytam więc: Na jaką chorobę trzeba zapaść, skoro przy raku z przerzutami do węzłów chłonnych, nadciśnieniu III stopnia, zwyrodnieniach kręgów szyjnych, schorzeniach po leczeniu inwazyjnym nie ma się całkowitej niezdolności do pracy? Ja nie podjęłam takiej pracy, nie dlatego, że nie chcę, ale jej nie ma i dodatkowo czuję się na tyle źle, że nie podejmę pracy, które m a ofercie Grodzki Urząd Pracy (codziennie sprawdzam w Internecie - oferty dla osób niepełnosprawnych. Tak jak Pan Urząd Miasta przyznał mi umiarkowany stopień niepełnosprawności, czyli odpowiednik ZUS-wskiej całkowitej niezdolności do pracy).Tak jak wspomniałam oferty wymagają końskiego zdrowia.
I właśnie teraz trafiłam na Pana blog - jestem bardzo wdzięczna, że Pan to wszystko opisał. Miałam odwołać się do Sądu, ale to by były kolejne upokorzenia, które i tak zaprowadziłyby mnie najwyżej do groźby, że obrażam Sąd i że zostanę ukarana.
Gdy dostałam wtedy od orzecznika, o którym wspomniałam, że wydawał mi się w porządku, częściową niezdolność do pracy i to tylko na okres lat dwóch, to przez 5 dni nie byłam w stanie wyjść z pokoju. Ja nie płakałam, ja wyłam. Nie wiem, co zrobię za te dwa lata. Blisko 28 lat przepracowałam i oddawałam składki na ten przeklęty ZUS w wymiarze rzeczywistych dochodów. Sama nigdy nikogo nie skrzywdziłam. Zawsze starałam się każdemu pomóc na miarę moich możliwości. Sama natomiast zostaje skrzywdzona i to przy takiej chorobie jakim jest rak. Nie mam już siły do niczego.
Serdecznie Pana pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy Pana historii. Proszę się nie zniechęcać, tylko pisać wszystko. Wiem, że nie ma Pan dużo komentarzy, ale mnóstwo ludzi to czyta.
Jeszcze jedno - jestem przekonana, że takich orzeczników los również doświadczy, bo na to zasługują. Orzecznicy są sługusami, ale są też ludźmi; ludźmi pozbawionymi kręgosłupa moralnego. Udają lekarzy, ale lekarz stosuje się do dewizy: przede wszystkim nie szkodzić pacjentowi, a oni nam szkodzą. Renty natomiast przyznają tylko znajomym, rodzince i myślę, że za pieniądze. Jeszcze raz pozdrawiam - Małgorzata T.

środa, 2 marca 2011

Przypadku p. Małgorzaty T. ciąg dalszy


Po roku prowadzący mnie lekarz onkolog powiedział, że mój stan zdrowia kwalifikuje mnie do dalszego otrzymywania dodatku pielęgnacyjnego i wypisał informację o stanie zdrowia. Stanęłam przed orzecznikiem - wyjątkowym bezczelnym typem, który od samego początku traktował mnie gorzej niż śmiecia - dotyczy to jego komentarzy i zachowania. Natomiast badanie wyglądało tak: Pukał po kolanie młoteczkiem, kazał sobie trafić paluszkiem do nosa, tylko biduś jakoś nie zauważył braku piersi (mimo, że stałam przed nim roznegliżowana) ani blizn po usunięciu węzłów chłonnych i blizny po przeciętych na odcinku 20 cm pleców - po torakotomii w 1996.
Potem długo coś pisał na maszynie i powiedział, że to już wszystko. Gdy zapytałam (bardzo delikatnie), co wnioskuje - zaczął na mnie wrzeszczeć, że dowiem się pocztą. A gdy się ośmieliłam zapytać jak długo to będzie trwało, odpowiedział, że nie jest listonoszem, aby mi to powiedzieć. Niedługo musiałam czekać - pan orzecznik nie tylko odebrał mi dodatek pielęgnacyjny, ale jeszcze próbował podważyć grupę inwalidzką. Wystąpił do szpitala
(a byłam leczona w czterech) o ponowne przesłanie dokumentacji medycznej (wszystko miał złożone i potwierdzone za zgodność z oryginałem).
Gdy otrzymałam to pismo, to po prostu zaczęłam wyć. Zadzwoniłam do prowadzącego mnie lekarza, który kazał mi natychmiast przyjść. Chciał nagłośnienia mojej sprawy w mediach. Ja jednak - w swojej naiwności - wierzyłam w sprawiedliwość. Postanowiłam działać zgodnie tym, co nakazywało mi sumienie. Więc przede wszystkim napisałam do Działu Orzecznictwa skargę na lekarza orzecznika, ale ponieważ wiedziałam, że nie jestem jedyną osobą pokrzywdzoną przesłałam kopię tego pisma do Rzecznika Praw Obywatelskich i Ministerstwa Zdrowia (chciałam również do Rzecznika Praw Pacjenta, ale jakoś nie mogłam się doszukać danych). Wraz
z pismem opisałam całą moją sytuację zdrowotną i dołączyłam kserokopie całej dokumentacji medycznej.
Rzecznik praw pacjenta (gabinet nieżyjącego już Pana Kochanowskiego) odpowiedział mi coś w stylu, że jest im bardzo przykro, ale ZUS nie podlega pod Rzecznika, ale, że się pisze na przyszłość. Natomiast Ministerstwo Zdrowia - gabinet Pani Kopacz odesłał sprawę do Departamentu Skarg. Natomiast Departament Skarg do... ZUS-u, tyle, że w Warszawie na Czerniakowską. Czerniakowska z powrotem do Krakowa i przekazano sprawę do tego samego orzecznika na którego napisałam skargę.
Ponieważ w piśmie powołałam się, że decyzję doktora nauk medycznych
w dziedzinie onkologii podważa lekarz nie mający wiedzy medycznej w danym zakresie, Pan orzecznik postanowił "naprawić błąd" i odesłał mnie również do doktora nauk medycznych, który oczywiście zaopiniował zgodnie z jego decyzją. Tyle, że nie było już mowy o odebraniu mi grupy. Straciłam 163 złote dodatku pielęgnacyjnego. Pan orzecznik wnioski przesłał na Czerniakowską
w Warszawie i stamtąd otrzymałam odpowiedź, że po dokładnym przeanalizowaniu mojego stanu zdrowia, wieku, możliwości przekwalifikowania się itd. nie należy mi się dodatek pielęgnacyjny.
Gdybym dostała jeden dzień wcześniej ten list nie występowałabym do Komisji Lekarskiej (jednak chciałam się zmieścić w terminach odwołań).
Tu dopiero przeszłam przez cyrk. Zostałam przyjęta jako pierwsza. Były dwie panie, które identycznie jak u Pana zadawały pytania tak, aby nie było wiadomo jak odpowiedzieć. Wprowadziły atmosferę ogromnej nerwowości. Ledwie weszłam i jeszcze nie zdążyłam nic powiedzieć jak niemal chórem mi powiedziały, że mi się dodatek pielęgnacyjny nie należy, bo się ubieram sama (to nie jest żart). Stałam prawie goła przez ponad pół godziny, boso na podłodze z PCV i odbywał się cyrk zwany badaniem. Oczywiście wiadomo, że dodatek pielęgnacyjny utraciłam. Nabawiłam się jednak 3 wrzodów na żołądku i nadżerki. Musiałam wrócić do leków antydepresyjnych i zostałam objęta leczeniem w Poradni Nadciśnieniowej (przyszpitalnej).

Trzy lata na którego Pani orzecznik w 2007 roku przyznała mi całkowitą niezdolność do pracy minęły szybko. Czułam, że będzie źle, więc się zarejestrowałam jako poszukująca pracy. Oczywiście, że przy moich schorzeniach nikt mnie nie zatrudni (i wcale się nie dziwię, bo kilka razy
w miesiącu odwiedzam lekarzy, którzy przyjmują wyłącznie w godzinach dopołudniowych, poza tym co 3 miesiące mam dwutygodniową rehabilitację puchnącej ręki i kręgów szyjnych).
W listopadzie 2010 roku stawiłam się w ZUS u Orzecznika - Tym razem wydawał się rozsądnym człowiekiem. Przyznał uczciwie, że jestem naprawdę chorym człowiekiem. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy uzyskałam na okres 2 lat częściową niezdolność do pracy. Odwołałam się do Komisji. Zostałam potraktowana jeszcze gorzej niż poprzednio. Szczególnie jedna "lekarka" zachowywała się skandalicznie. Parę dni temu uzyskałam informację, że nie jestem całkowicie niezdolna do pracy i podtrzymały decyzję orzecznika. Teraz przyszło mi żyć z 700 zł. O pracy nie ma mowy - po pierwsze ponieważ nie ma takiej, którą bym dała radę wykonywać, a po drugie mam (oprócz mojej choroby) mamę mającą 88 lat i nie jest możliwe pozostawienie jej bez opieki. Łączymy razem nasze dwie renty ale jest bardzo ciężko. Na Komisji natomiast na odchodne panie mnie poinformowały, że jeżeli nie będę miała wznowy choroby w ciągu tych dwóch lat, to zupełnie mi odbiorą rentę. Wtedy będę miała już prawie 57 lat. Innymi słowy zasugerowały mi, że najlepiej, aby skończyć z sobą, ponieważ w tym państwie bez pieniędzy żyć się nie da. Jeszcze "w trosce o moje dobro" jedna powiedziała: "Pani stan psychiczny jest tak zły, że dla własnego zdrowia powinna pani iść do pracy. Zatkało mnie zupełnie. Przecież to właśnie ZUS pozbawił mnie pracy. Nikt mnie nie zwalniał. Moje stanowisko cały czas czekało na mnie. Jednak gdy dostałam tzw. jedynkę i minął okres prawa do zasiłku chorobowego - zakład pracy musiał rozwiązać umowę o pracę. cdn. Małgorzata T.

czwartek, 24 lutego 2011

"Aby być lekarzem w ZUS-ie trzeba być albo marnym fachowcem, albo człowiekiem pozbawionym uczuć"

Tytuł dzisiejszego wpisu, to słowa jednego z lekarzy, który odmówił ZUS-owi usług. Cytuję te słowa, gdyż uważam, że sens tych słów nie pozostawia złudzeń. A teraz do rzeczy.
Dzisiaj, zgodnie z tym co już wcześniej zapowiadałem chciałbym podać przykłady uczciwości i rzetelności w pracy lekarzy. Lekarzy orzeczników ZUS-owskich, a więc tych osób na które łożymy ze swoich podatków dając im utrzymanie.Tak, dając im utrzymanie. Bo przecież pensje które pobierają
w ZUS-ie to nic innego jak nasze podatki . Jak nam za to dziękują? Jak się angażują w wykonywaną pracę? Proszę, oto przykład :
http://www.youtube.com/watch?v=ZAUQ3bc-uF8
I jeżeli myślą państwo, że ten lekarz poniósł jakieś dotkliwe konsekwencje, to są państwo w błędzie.

Drugim przykładem niech będzie kobieta, która opisała swe przeżycia
w komentarzach do mojego postu.
Dla osób, które nie czytały tego wątku przytaczam słowa Pani Małgorzaty :

Przechodzę przez to samo, co Pan.
Wielokrotnie opisywałam już moją historię na forum, mając nadzieję, że przyniesie mi to ulgę, albo ktoś pomoże przynajmniej inaczej spojrzeć na całą sytuację. Jednak krzywda i pozbawienie człowieka ciężko chorego jedynych środków do życia jest przestępstwem, bo jak ktoś mądrze napisał na forum: Krzywdzenie osób słabych i chorych jest przestępstwem.
Początkowo wydawało mi się, że dam radę walczyć o swoje prawa, niestety szybko się przekonałam, że po moich przejściach chorobowych, a przede wszystkim z upokorzeniami, które zniosłam w ZUS-ie i Komisji ZUS pozbawiło mnie wiary w sprawiedliwość, ale również w sens życia w tym podłym systemie.
Wcale nie pisze Pan za mocno - według mnie, w Pana artykułach nie ma nietaktu ani żadnej przesady. Pisze Pan tylko to, co rzeczywiście czuje,
i prawdę o tym, co Pan przeszedł. Oczywiście Sąd zawsze może zagrozić, że Pana ukarze - Sąd, do którego zwracają się ludzie wyczerpani chorobą
i sytuacją - nie staje w naszej obronie, tylko jeszcze nas rozdeptuje, jak się depcze insekty. Ja po Pana artykule postanowiłam zrezygnować z szukania "sprawiedliwości w Sądzie" - bo uważam, że nic nie wskóram. Tak jak Pan napisał wszystko jest z góry ustalone. Natomiast renty dostają wyłącznie ludzie zdrowi po znajomości, albo za pieniądze. Wniosek taki nasuwa się sam, ponieważ jestem od maja ubiegłego roku zarejestrowana w Grodzkim Urzędzie Pracy, jako poszukująca pracy i widzę jakie oferty są tam zamieszczone. Trzeba mieć końskie zdrowie, aby temu podołać.
Ja mam raka (na 25 węzłów chłonnych miałam zajęte 11), cierpię na nadciśnienie tętnicze III stopnia - czyli najcięższe - po przejściach z ZUS-em często mam ponad 200/130; mam ciężkie zwyrodnienia kręgów szyjnych,
w których jest również zaznaczona osteoporoza - uniemożliwia mi to długie siedzenie w wymuszonej pozycji (teraz np. pisząc ten komentarz leżę). Ręka po stronie usuniętych operacyjnie węzłach chłonnych jest ciągle napuchnięta jak bania. O pozostałych zwyrodnieniach stawów i kręgosłupa nie będę już wspominała,
Gdy w 2007 roku wykryto u mnie raka piersi nie zakwalifikowałam się na operację, wcześniej miałam chemioterapię mającą na celu zmniejszenie ognisk. Po chemii przeszłam operację, potem następne chemioterapie i na koniec 25 cykli radioterapii. Mimo wszystko nie ubiegałam się o rentę, tylko
o 3 miesięczne świadczenie rehabilitacyjne, celem dokończenia leczenia. Lekarz orzecznik dał mi odmowę i przyznał całkowitą niezdolność do pracy na okres lat 3 i niezdolność do samodzielnej egzystencji na okres 1 roku. Od razu w gabinecie zaprotestowałam. Powiedziałam, że nie chcę renty, chcę tylko zakończyć leczenie, ponieważ w 1996 roku miałam usuniętą torbiel
z płuca i wówczas po rocznej rencie rehabilitacyjnej ZUS mnie uzdrowił. Zostałam bez środków do życia. Prowadziłam wówczas działalność gospodarczą (jednoosobową) która oczywiście padła. Nie miałam środków na nic, a przede wszystkim sił psychicznych. Popadłam w depresję. Pomocy nie udzieliło mi państwo, tylko moi przyjaciele, którzy pomogli mi znaleźć pracę.
I właśnie tam byłam zatrudniona aż do chwili, gdy wykryto u mnie raka.
W pracy byłam jeszcze dzień przed pierwszą chemioterapią.
Gdy to wszystko powiedziałam lekarce, zastanowiła się i powiedziała, że nie ma obaw, że ja już będę miała prawie 55 lat i do pracy na pewno nie wrócę. To prawda, że nie odwołałam się od tej decyzji, ale byłam bardzo chora, łysa
i upokorzona samą chorobą. Zaufałam tej lekarce. Cieszyłam się, że mimo, iż miałam 930 zł (z dodatkiem pielęgnacyjnym) mogę spokojnie chorować. Po chemiach zresztą doszły kolejne dolegliwości, np. z żyłami, no i ręka o której wcześniej wspomniałam.

Ciąg dalszy listu Pani Małgorzaty opublikuje w następnym wpisie. 

sobota, 19 lutego 2011

Dzisiaj dla odmiany kilka słów podziękowania


W dzisiejszy wpisie odejdę trochę od tematyki „sprawiedliwego i zgodnego
z konstytucją” traktowania ludzi w naszym kraju przez jedynie słuszne organy państwowe, a skupię się dzisiaj na podziękowaniach. Tak, na podziękowa- niach, bo uznałem, że należy się to czytelnikom mojego bloga.
Chcę podziękować wszystkim, którzy zadali sobie trud i zapoznali się z sytu-
acją opisywaną na moim blogu. Obiecuję, że nadal będę opisywał działania naszych organów państwowych , które to czynią co tylko mogą, by obywatelowi żyło się lepiej.
Dziękuję wszystkim imiennym , oraz anonimowym użytkownikom, którzy dodali komentarz do mojego bloga.  Na pewno czyni go to atrakcyjniejszym mając na uwadze różny punkt widzenia kilku osób , który to punkt widzenia i tak sprowadza się do jednego wspólnego mianownika : państwo niesprawiedliwości społecznej.
Dziękuje ( tu pozwolę sobie na imienne podziękowanie ) Pani  podpisującej się Małgorzata T.  Pani problem uświadomił mi, że mój problem jest naprawdę niewielki, mając na uwadze to co Pani przeżywa. Uświadomił mi również, że miałem racje wypowiadając swoje opinie o naszym państwie.
Dziękuję również ogromnej rzeszy kolegów  z portalu www.koledzyzwojska.pl  . Dowiedziałem się , że w związku z moją sytuacją toczy się na tym portalu ostra dyskusja. Dziękuję i proszę o dalsze rozpropagowanie mojego bloga wśród znajomych, kolegów i kogo się jeszcze da. Niech moja sytuacja  będzie przestrogą na przyszłość dla wszystkich.
Dziękuję całej Polonii polskiej która czyta mojego bloga i koresponduje ze mną z takich miejsc na świecie jak : Austria, Anglia, Irlandia, Norwegia, Finlandia, Rosja, Litwa, Niemcy, Francja, Hiszpania , Czechy, Kanada, USA,
a nawet  Japonia i Australia. To bardzo miłe i powiem szczerze, że nie spodziewałem się , że Polonia zainteresuje się moimi kłopotami. Myślę, że mój blog może być sygnałem dla całej Polonii na całym świecie, że do Polski nie ma po co wracać. Tu nie ma żadnej przyszłości.
Dziękuję również ludziom, którzy czytali mój blog i doszli do wniosku, że moje wpisy nie są im na rękę. Tym, którzy swym wyrachowaniem sprawili, że odłączono mi z mojego bloga reklamy, dzięki którym mogłem parę groszy zarobić. Nie zniechęci mnie to, ani nie wystraszy.  Nadal będę pisał co mnie spotkało, jak również będę opisywał znane mi przypadki znęcania się przez urzędników państwowych na szarych obywatelach.
Dziękuję wszystkim tym, których nie wymieniłem, a którzy wykazali swe zainteresowanie moim blogiem i czytają go lub czytać będą. Obiecuję, że postaram się nie zawieść ich oczekiwań.
I to już od następnego wpisu.